Sty 18

Trekking w Kanionie Colca

przez w Peru

Jeżeli tytuł tego wpisu niewiele Wam mówi, to nie musicie się martwić. My do tej pory także kojarzyliśmy Peru tylko z Machu Picchu nie wiedząc, że 400 km na południe znajduje się inne, fantastyczne miejsce – Kanion Colca, który jest najgłębszy na świecie. Ma on długość około 120 kilometrów i wcina się w Andy nawet na głębokość 4200 metrów. Na jego dni płynie trudna do przejścia rzeka Rio Colca. Znając takie fakty nie mogliśmy zrezygnować z wycieczki w to miejsce. W związku z tym wcześnie rano, bo już około 5 zjedliśmy w hotelu śniadanie i pojechaliśmy miejskim autobusem do Cabanaconde, czyli miasteczka, z którego wyrusza się na trekking po Kanionie.

Po drodze przejeżdżaliśmy obok punktu widokowego, z którego podziwia się szybujące nad kanionem potężne kondory. Cruz del Condor, bo tak nazywa się to miejsce położony jest 1200 metrów nad dnem kanionu. Jest to niesamowita okazja, żeby zobaczyć te największe ptaki na świecie, które żyją do 70 lat i są objęte ścisłą ochroną.

Byliśmy bardzo ciekawi jak prezentuje się Kanion Colca, który jest przecież aż dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu w Stanach Zjednoczonych. A przecież już ten zrobił na nas niesamowite wrażenie. W końcu po opuszczeniu autobusu sprawdziliśmy rozkład, żeby wiedzieć, kiedy następuje ostatni powrót do Chivay i poszliśmy na szlak. Szybko obraliśmy sobie za cen oazę Sangalle. Krajobrazy zachwycały nas co kilka kroków. Zdjęcia niestety nie oddają jego ogromu. Najciekawsze jest to, że cel jest praktycznie cały czas widoczny, a dojście do niego zajmuje około 3 godzin. Taki czas przejścia był też spowodowany tym, że często się zatrzymywaliśmy, żeby robić zdjęcia. Renatka zaliczyła też nieszczęśliwy upadek, ale w oazie znaleźliśmy pomoc i opatrzono mocno startą nogę. W Sangalle można zatrzymać się także na noc, jednak są tam tylko niewielkie domki, bez prądu z zasłoniętymi oknami. Dobrze, że są toalety i prysznice z zimną wodą. Świetnie prezentują się także baseny, gdzie ludzie relaksują się po długim trekkingu.

Zjedliśmy drugie śniadanie i poszliśmy w stronę Cosnirhua, które jest około 500 metrów wyżej. Byliśmy przekonani, że będzie możliwa do wykonania pętla przez San Juan de Chuccho, ale jak się okazało to nie takie proste i czas przejścia byłby jeszcze około 6h. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić, z uwagi na godzinę, która już była na naszych zegarkach. Tutaj znaleźliśmy malutki sklepik, gdzie uzupełniliśmy nasze zapasy wody. Sam kanion i dno kanionu w większości przypomina krajobraz księżycowy, pokryty głazami i pozbawiony jakiejkolwiek roślinności.

Kiedy ruszaliśmy w trasę powrotną było ok. 16:00. Czekała nas bardzo długa trasa, której nikt o zdrowych zmysłach nie powinien robić 😉 ale jednak spróbowaliśmy. Trasa trekkingu jest zróżnicowana, ale głównie skalista. Po drodze mija się kilka niewielkich wiosek i przecina rzekę. Po godzinie 17 robi się zimno, bardzo zimno. Żeby nie to, że szliśmy coraz szybciej, a oazę ponownie mijaliśmy wręcz truchtem to pewnie byśmy mocno zmarzli. Nie mieliśmy jednak czasu do stracenia, bowiem była przed nami trasa non stop w górę, a przecież zejście zajęło nam 3h. To podejście doskonale zobrazowało nam ogram kanionu. Całą drogę było niemal pionowe, a droga wiła się krótkimi zygzakami. Tuż przed końcem zaczęły nas wyprzedzać tutejsze taksówki – czyli muły, które wracały z oazy. Do Cabanaconde dotarliśmy, kiedy było już zupełnie ciemno i bardzo zimno. Po zmroku nie jest to jednak takie proste, ponieważ droga ma kilka rozgałęzień i mimo wcześniejszych instrukcji jednak z miejscowych nie sposób się nie zgubić i trzeba zaufać intuicji. Co więcej nie ma tutaj żadnego oświetlenia poza księżycem, przez co idzie się bardzo trudno.

Ostatecznie dotarliśmy do Cabanaconde, ale do odjazdu naszego autobusu zostały jeszcze dwie godziny. O tej porze nie było już za bardzo gdzie się podziać, więc weszliśmy do bardziej eleganckiego baru, gdzie jak się okazało nie można zamówić nic do jedzenia. Dobrze, że chociaż była herbata i piwo. Usiedliśmy obok pieca, bo temperatura w środku także była bardzo niska. Czas minął nam szybko, ponieważ spotkaliśmy Niemców, którzy byli w trakcie podróży dookoła świata, więc jak się domyślacie tematy nam się nie kończyły. Na koniec zobaczyliśmy, że otwarta jest inna restauracja, gdzie za parę złotych można zjeść coś ciepłego, więc tuż przed odjazdem busu spożyliśmy całkiem niezłą kolację. Do Chivay dojechaliśmy po północy i od razu poszliśmy spać.



Tagi: , , , , ,

Zostaw komentarz