Kwi 17

Weekend w Egipcie (Taba) przez Ejlat

przez w Egipt, Izrael

Pod koniec zeszłego roku mieliśmy prawdziwy wyspy niesamowicie niskich cen na loty do Izraela, a dokładniej do Ovdy. Obok takiej okazji nie potrafiliśmy przejść obojętnie i w związku z tym kupiliśmy bilety w dwie strony liniami Ryanair z Poznania. Cena około 100 złotych, chociaż jak się okazało można było chwilę poczekać i zrobić to jeszcze taniej. Niesamowite, jak na ponad 4 godzinny lot. Takie same ceny dostępne były także z innych polskich miast. Obecnie także ceny są przystępne, więc kto jeszcze tutaj nie był powinien od razu przeszukać stronę Ryanaira.

Podróż rozpoczęła się dla nas bardzo nerwowo, aj, gdzie tam nerwowo, totalnie beznadziejnie. Po prostu wyjechaliśmy za późno samochodem na lotnisko, a dalej przeszkadzały nam nie tylko korki, ale i totalna ślizgawica na drodze i inne pojazdy, które stały na drodze w poprzek. Na lotnisko Ławica dotarliśmy dosłownie 15 minut przed odlotem. Nawet nie dało się biec z parkingu do terminalu, bo był wszędzie lód na drodze i chodnikach. Koszmar. Lot był bardzo wcześnie rano. Jeszcze chyba nigdy nie ocenialiśmy naszych realnych szans tak nisko, a co gorsze nasi znajomi byli już na lotnisku i czekali na nas.

Jak się domyślacie, zdążyliśmy, bo inaczej ten wpis by nie powstał, ale to był cud, naprawdę cud. Lot minął spokojnie, a na pokładzie większość pasażerów to młodzi ludzie, którzy lecieli do Izraela/Egiptu w tym samym celu co my. Po dotarciu do Ovdy trzeba było szybko się przebrać w krótkie ciuchy i ruszyć autobusem do centrum Ejlatu. Wjazd do kraju to kilka pytań, wiza jest drukowana i dawana na osobnej karteczce. Lotnisko położone jest na pustyni i trzeba przejechać jakieś 60 km. Koszt przejazdu to około 25 złotych w jedną stronę autobusem numer 282. Taksówki są paskudnie drogie i taka trasa to co najmniej pomiędzy 200 – 300 złotych. Droga minęła nam szybko z postojem na dworcu w Ejlacie.

My jednak nie zakończyliśmy podróży w Ejlacie, gdzie tylko mieliśmy krótki postój w drodze do samej granicy z Egiptem. Granica otwarta jest 24 godziny na dobę. Tam czekało na nas kilka kontroli paszportowych, bagażowych etc. a także zakupy w sklepie wolnocłowym (bardzo korzystne ceny). Odbiliśmy wizę wjazdową i otrzymaliśmy nową, różową, wyjazdową. Po tym byliśmy już w Egipcie, gdzie czekał na nas kierowca, z którym komunikowaliśmy się za pomocą wiadomości na Whatsappie. To właśnie on zabrał nas prosto do hotelu The Bayview Taba Heights Resort, który udało nam się zarezerwować za około 100 zł/doba dla dwóch osób ze śniadaniem. To świetna stawka jak na pięciogwiazdkowy hotel przy samej plaży z rafą koralową. Niestety czekała nas jeszcze jedna opłata (podatek synajski), czyli 120 EGP. Zapłaciliśmy ją w drodze do hotelu.

Sam hotel całkiem w porządku, ale bez szaleństw, których nawet nie oczekiwaliśmy. Pokoje nie pachną już nowością, a wystrój nie jest jakoś specjalnie wyszukany. Ważne, że czysto, łóżka wygodne i obsługa uprzejma. Dużym minusem kiepsko działające WiFi w całym obiekcie, zarówno w pokojach, jak i w recepcji. Hotel położony jest przy samej plaży, a najbliższe sklepy są oddalone około 20 minut piechotą w takim jakby mini miasteczku. Można dojechać tam bezpłatnym shuttle busem, który jeździ pomiędzy hotelami na terenie Taba Heights. Rozkład jego dostępny jest w recepcji. W miasteczku znajdziemy różne sklepiki z pamiątkami, minimarket, restauracje i bary. My dwukrotnie byliśmy na kolacji w pizzerii, gdzie ceny były bardziej niż przystępne. To dobry sposób, żeby wyrwać się z zamkniętego resortu.

Dni spędzaliśmy głównie na plaży, która jest bardzo sympatyczna. Wejście do wody lekko kamieniste i trzeba szukać piasku, żeby wejść bezboleśnie. Woda w grudniu była na tyle ciepła, że spokojnie można było się kąpać i podziwiać rafę koralową. Fale były bardzo małe, woda spokojna. Gorzej z kompleksem basenowym, bowiem woda była dosyć zimna i pływanie raczej mało przyjemne. Kolejną ciekawostką jest liczba turystów, która była wręcz marginalna. Poza naszą piątką było jeszcze kilkanaście osób.

Dużym minusem The Bayview Taba Heights Resort jest przeciętne śniadanie. Potrawy mało smaczne, jakby nie do końca świeże, a i wybór skromny jak na obiekt z pięcioma gwiazdkami w nazwie.

Powrót przez obie granice bez problemu. Z uwagi, że mieliśmy jeszcze sporo czasu, to spędziliśmy dzień w Eliacie, na plaży. Pierwsza, znana z pięknej rafy mieści się tuż za Turkiz Street, czyli sporo od centrum miasta, a właśnie blisko granicy z Egiptem. My jednak pojechaliśmy autobusem dalej (gdzie spotkaliśmy naszego znajomego, którego widzieliśmy niedawno w Amsterdamie). Zatoka Akaba to piękne miejsce. W Ejlacie także znajdziemy nowoczesne hotele, które są zbudowane wyłącznie dla turystów. Popołudnie spędziliśmy na chyba największej plaży w mieście, gdzie oczywiście spotkaliśmy inne grupy naszych rodaków. Wszyscy korzystali z uroków ciepłej wody Morza Czerwonego, bowiem jego temperatura to w grudniu około 22 stopni.

Kiedy zbliżała się godzina naszego transferu na lotnisko, poszliśmy na dworzec autobusowy, gdzie liczba pasażerów chętnych jechać w tym samym kierunku co my była znacznie większa niż liczba miejsc w autobusie. Okazuje się, że wręcz konieczne jest zjawienie się na przystanku dużo wcześniej, bo autobusy nie jeżdżą zgodnie z rozkładem.

Ostatecznie pojechaliśmy ostatnim (zajmując miejsca stojące) i dzięki temu, że nasz rejs do Poznania był opóźniony to udało nam się spokojnie przejść wszystkie kontrole i zdążyć na lot. Co do kontroli warto wspomnieć, że ta nie przebiega już tak szybko i wyjechać stąd jest nieco trudniej. Liczne, nawet intymne pytania, a także dokładna kontrola bagażu. Nas ta druga jednak szczęśliwie ominęła.

Zapewne warto wybrać się w tym kierunku jeszcze raz, zahaczając o Jordanię i zobaczyć Petrę oraz Wadi Rum. Tutaj jednak też są pewne opłaty, więc możliwe, że korzystniejszą opcją będzie poczekać na bezpośrednie loty do Jordanii, które już niedługo otworzy Ryanair. Mimo wszystko uważam, że bezpośrednie loty nad ciepłe Morze Czerwone to hit i trzeba go wykorzystać.



Tagi: , , , , , , , ,

Zostaw komentarz