Sie 15

RPA luksusowo: Hilton Cape Town i biznes klasą do domu

przez w RPA

Ostatnie chwile naszej majówki planujemy spędzić mniej intensywnie niż do tej pory. Rano zjadamy śniadanie w naszym hostelu Never at Home i z bagażami kierujemy się w stronę samochodu, który zaparkowaliśmy kilka ulic dalej, gdzie można do zrobić bez dodatkowych opłat. Pogoda tego dnia nie zapowiada się szczególnie – jest pochmurnie i chłodniej niż w poprzednie dni. Mamy w planach pojechać na spacer na naszą ulubioną plażę Camps Bay, gdzie tym razem nie ma tłoku, a wręcz odwrotnie jesteśmy prawie sami. Dlaczego lubimy to miejsce? Trudno powiedzieć – oferuje na pewno niepowtarzalne widoki, dodatkowo wszystko jest zadbane i dobrze utrzymane. Spotyka się tutaj głównie białych ludzi o aryjskich rysach, a także tych o anglosaskiej aparycji. Czarnych jest zdecydowanie mniej.

Mamy okazję obserwować jak potężne fale rozbijają się o kamienie. Woda przelewa się po plaży przez co tworzą się sporej wielkości zagłębienia z wodą, które trudno minąć o suchej stopie. My jednak przyglądamy się pasmu Gór Stołowych – tak zwane 12 Apostołów – ciągnące się nad oceanem. Do tego chmury otaczające i przykrywające płaskowyż. Miejsce to jest magiczne i niesamowite. Stoimy i patrzymy na mgiełkę nad wodą, wyczuwając morską wilgoć w powietrzu.

Robimy jeszcze drobne zakupy w małym markecie i jedziemy w stronę hotelu Hilton Cape Town, gdzie zarezerwowaliśmy sobie pokój na ostatnią noc. Znajduje się on w ścisłym centrum miasta. Docieramy tam po kilku minutach, ale okazuje się, że parking podziemny jest dodatkowo płatny, więc zostawiamy samochód na ulicy obok i idziemy się zakwaterować. Nie ma problemu z otrzymaniem pokoju o wyższym standardzie, więc po raz kolejny będziemy mogli cieszyć się z dużej przestrzeni. Dodatkowo dzięki statusowi Diamond mamy dostęp do saloniku oraz darmowe śniadanie w hotelowej restauracji.

Idziemy napić się kawy i chwilę odpocząć na basenie, gdzie niestety woda jest bardzo zimna. Na nasze szczęście pogoda na dworze zdecydowanie się poprawiła, więc ruszamy na spacer po centrum Kapsztadu.

Idziemy na początku do dzielnicy Bo Kaap, na którą widok mamy z okna naszej sypialni. To dosłownie kilka ulic z domami w cukierkowych kolorach, których intensywność barw i kontrast sprawiają, że miejsce to wydaje się być niesamowicie wesołe. Domki są mocno ściśnięte, a w niej miejscowy najnormalniej w świecie egzystują – piorą, prasują i gotują obiady. Turyście specjalnie przyjeżdżają do Bo Kaap, żeby zobaczyć tę magię kolorów.

Idziemy dalej na spacer w kierunku Companys Garden, czyli miejskiego ogrodu w centrum Kapsztadu, który pierwotnie został założony w XVII wieku, jako plantacja warzyw i owoców do zaopatrywania przepływających tranzytem statków. Jest ot bardzo sympatyczne miejsce z mnóstwem wiewiórek i placów zabaw. W sąsiedztwie ogrodu znajduje się budynek parlamentu Republiki Południowej Afryki (rząd ma siedzibę w Pretorii). Następnie wracamy do hotelu na wieczorną kolację.

To już w zasadzie koniec naszego pobytu w Kapsztadzie. Rano czekało na nas jeszcze pyszne śniadanie w restauracji. Wiedzieliśmy, że czeka nas długa podróż, więc poszliśmy jeszcze przed wyjazdem na siłownię, żeby trochę rozruszać się i zmęczyć.

Około godziny 12 oddaliśmy karty od pokoju i ruszyliśmy w stronę lotniska w Kapsztadzie, po drodze tankując do pełna paliwo na stacji benzynowej (ta jest dosłownie przed samym lotniskiem, więc nie trzeba się stresować). Oddaliśmy samochód i przeszliśmy podziemnym tunelem na budynku międzynarodowego portu lotniczego. Nasze stanowisko odprawy do Addis Abeba linii Ethiopian było już otwarte, dzięki czemu nadaliśmy bagaż i mogliśmy udać się do saloniku, żeby poczekać na lot. Ten trzeba przyznać, że pod względem gastronomicznym był świetnie wyposażony. Jednak jego wadą jest dosyć mała przestrzeń, przez co trudno o wolne miejsce.

Nasz lot odbył się z minimalnym opóźnieniem, co jednak nie miało wpływu na naszą podróż. W tę stronę nasze wrażenia ponownie były bardzo pozytywne, więc nie będziemy się powtarzać. Zresztą, jeżeli ktoś jeszcze nie czytał to odsyłamy tutaj.

Przed lądowaniem w stolicy Etiopii spotkały nas bardzo silne turbulencje, ponieważ w okolicy szalała burza. Pełni strachu wylądowaliśmy w Addis Abeba i udaliśmy się na szybką kolację do saloniku.

Nasze oczekiwanie na lot do Oslo mocno się przedłużyło, ponieważ był problem z Dreamlinerem, którym mieliśmy lecieć. Na miejscu pojawiła się nawet straż pożarna. Koniec końców, z około godzinnym poślizgiem ruszyliśmy w stronę Europy. Większość lotu udało się przespać, dzięki czemu w miarę wypoczęci dotarliśmy do stolicy Norwegii (ze wcześniejszym międzylądowaniem w Sztokholmie).

Teraz pozostało nam udać się do Torp, żeby wrócić WizzAirem do Poznania. Okazało się to możliwe stopem (w celu uniknięcia wysokich kosztów transportu w Norwegii). Podróżowaliśmy między innymi z taksówkarką ze Szwecji czy szalonym kierowcą w jego Tesli. W między czasie zrobiliśmy jeszcze długi spacer po samym Oslo, z którego zdjęcia pokazujemy Wam poniżej.

Na lotnisku w Torp mieliśmy spory problem ze spakowaniem naszego bagażu do naszej jednej małej walizki i jednego plecaka. Kontrola bagażu jest tutaj jeszcze przed kontrolą bezpieczeństwa i jest bardzo restrykcyjna, przez co musieliśmy dosyć mocno „pokombinować” i skorzystać z pomocy osób trzecich. Na szczęście koniec końców wszystko zakończyło się pomyślnie.

W ten oto sposób zakończyliśmy naszą fantastyczną majówkę w RPA. Była to niesamowita przygoda i przyjemność podróżować po tak ciekawym kraju.



Tagi: , , , , , , , , , ,

Zostaw komentarz