Cze 10

Jeden dzień w Intercontinental Mauritius

przez w Mauritius

Kolejna krótka noc. Nie wiem czy przyzwyczaiłem już organizm, że w trakcie tego wyjazdu nie śpię więcej niż 6 godzin. Tym razem położyłem się o 2:30, a wstałem dokładnie o 6:00. Budzik musiał jednak mi pomóc. Pakowania nie miałem zbyt wiele, ponieważ w hotelu spędziłem mało czasu. Ogarnąłem się i zjechałem na poziom recepcji, żeby zjeść śniadanie, które w hotelu Holiday Inn Express Kuala Lumpur City Center serwowane jest od godziny 6:30. Wybór jedzenia przeciętny. To znaczy niezły, ale ostatnio się trochę przyzwyczaiłem do większego wachlarzu potraw (czyt. Hilton, Conrad, Intercontinental). Dobrze, że specjalnie nie jestem głody, więc po 10 minutach jestem już w samochodzie Ubera i jadę na dworzec KL Sentral, żeby wrócić na lotnisko. Koszt transferu to jedyne 11 RM.

Ponownie wybieram autobus, który jedzie dłużej, ale jest tańszy od KL Express. Oczywiście natychmiast zasypiam i budzę się na lotnisku przy terminalu KLIA2. Tutaj musiałem udać się do kontroli dokumentów, pomimo, że już byłem po odprawie. Trafiło mi się jednak miejsce w samym środku (układ Airbusa A330 AirAsia to 3-3-3). Proszę o jego zmianę przemiłą Azjatkę przy desku. Z uśmiechem pyta jakie miejsce dokładnie sobie życzę. I tak właśnie otrzymuję 3 miejsca, co zaowocuje podniesieniem komfortu mojej podróży na Mauritius.

Tuż przed odlotem wpadam na moment do saloniku Platinum Plaza, który jednak jest niegodny polecenia. Wybór jedzenia prawie żaden, a znalezienie miejsca wolnego o tej porze graniczy z cudem. Internet też działa tutaj gorzej niż w przypadku ogólnolotniskowego WiFi. Przechodzę kontrolę bagażu podręcznego i już na tablicy widzę Last Call. To oznacza, że wylecimy o czasie. Rzeczywiście wszystko przebiegło planowo i po 6,5 h wylądowaliśmy na afrykańskiej ziemi. Widoki przy podejściu były przepiękne, co już mocno mnie nakręciło i chciałem jak najszybciej wyjść z lotniska.

To jednak nie takie proste. Na początku była spora kolejka do kontroli paszportowej. A, kiedy już opuszczałem lotnisko, to zaczepił mnie celnik i zaprosił na dodatkową kontrolą. Był on jednak niesamowicie kulturalny. Zapytał tylko po co przyleciałem, na jak długo i co mam w plecaku. Nie kazał go nawet otwierać, po czym życzył udanego pobytu.

Wyszedłem na zewnątrz Sir Seewoosagur Ramgoolam International Airport i od razu poczułem uderzenie gorącego powietrza. W dodatku miałem na sobie długie spodnie, bo AirAsia postanowiła zamrozić swoich pasażerów. Moim celem było dotarcie do hotelu InterContinental Mauritius Resort Balaclava Fort. Na początku pytam obsługi, gdzie jest przystanek autobusowy. Okazuje się, że nie w strefie przylotów, więc czeka mnie krótki spacer. Na przystanku spotykam człowieka, który pracuje w wypożyczalni samochodów i z nim ucinam sobie pogawędkę dopytując jak dostać się do miasteczka Balaclava. Łatwo nie będzie. Muszę pojechać z dwoma przesiadkami. Pierwszą będę miał w stolicy, gdzie innym autobusem przemieszczę się pomiędzy dworcami, a dalej pojadę do miasteczka Arsenal, skąd już muszę wziąć taksówkę do hotelu (ok. 5 km).

Dobrze, w takim razie nie pozostało mi nic innego jak czekać na autobus numer 198. Ten zjawił się po około 45 minutach. Przejazd trwał prawie 1,5 godziny, ponieważ autobus zatrzymywał się dosyć często, a poza tym nie jechał cały czas główną drogą. Do tego dodajmy jeszcze spore korki tuż przed stolicą wyspy. Po drodze mogłem podziwiać pola trzcinowe i górzyste tereny interioru. Dalej poszło już sprawniej i w końcu znalazłem się na skrzyżowaniu, gdzie był znak kierujący do hotelu IC. Postanowiłem iść pieszo dopóki nie pojedzie jakaś taksówka. Po drodze wszedłem do sklepu na drobne zakupy – od śniadania nic nie jadłem, a powoli zbliżał się zachód słońca. W końcu minął mnie na drodze miejscowy na motorze. Po chwili patrzę i wraca się. Zaproponował, że podrzuci mnie do hotelu. Był to bardzo wesoły i sympatyczny człowiek, który pracuje w innym hotelu na wyspie. Nic nie chciał za tę przysługę. To sprawiło, że cały przejazd do hotelu kosztował mnie poniżej 100 rupii (ok. 9 zł), a taksówką byłby to koszt w graniach 1500 rupii.

W hotelu ochrona nie mogła uwierzyć, że jestem gościem tego obiektu. Nie byłem elegancko ubrany, nie przyjechałem taksówką czy inną limuzyną, a także miałem tylko mały bagaż. Ale… na liście gości jednak widniałem, więc mogłem przekroczyć bramy tego obiektu 😀 Trochę nie dziwię się takiemu podejściu, ponieważ Mauritius, to w końcu dosyć prestiżowa destynacja i mało backpackerska.

Na dzień dobry przywitano mnie drinkiem z ananasa i zaprowadzono do pokoju. To właśnie w pokoju odbył się właściwy check in. Dosyć ciekawa formuła, ale bardzo sympatyczna. Wszystko mi pokazano i wręczono pyszne czekoladowe ciasto, jako członka sieci IHG, a także talerz z owocami. Ponadto upgrade do pokoju typu Executive z przyjemnym tarasem. Recepcjonistka informuje mnie, że jak tylko będę chciał to mogę zostać w pokoju cały kolejny dzień.

Cały hotel położony jest na terenie tropikalnego ogrodu, który jest idealnie utrzymany. Oczywiście leży przy plaży na wybrzeżu zatoki Balaclava. Z uwagi, że jest on na zachodzie wyspy, to można wieczorem obserwować takie widoki jak widzicie tutaj. Po prostu niesamowita gra kolorów przy zachodzącym słońcu. Wszyscy biegają ze smartfonami i aparatami i robią zdjęcia. Absolutnie im się nie dziwę.

Wieczorem udałem się na show, gdzie był pokaz tańca, a następnie wykąpać się i spać. To był długi i intensywny dzień, ale zakończony bardzo udanie.

 

Od razu możemy przejść do drugiego dnia, który zacząłem standardowo o 6 rano. Wschód słońca jest tutaj bardzo wcześnie, ale słońce nie oświetla tak idealnie plaży, wody etc. przez co trudno zrobić spektakularne zdjęcia. Nie zapomnę swojego pobytu w Conrad Bali, który znajduje się na wschodzie wyspy. Tam właśnie poranki były najcudowniejszą porą dnia.

Po spacerze poszedłem na śniadanie, gdzie jak się okazało w hotelu przebywa bardzo dużo Polaków. Z tego co zagadałem to przyjechali oni tutaj z biura podróży. Kolejną ciekawostką jest to, że śniadanie w tym Intercontinentalu było wliczone w cenę. W każdym razie nikt nie pytał o numer pokoju ani mnie, ani żadnego innego gościa. To bardzo miły dodatek do pobytu, kiedy opłaca się go punktami (bardzo atrakcyjna stawka 30 tys.).

Do godziny 14 przebywałem na terenie hotelu korzystając z pięknej pogody. Udało mi się z pomocą konsjerża zarezerwować samochód na jeden dzień z możliwością zwrotu w innym miejscu. To idealna opcja, jeżeli chce się coś zobaczyć, a także nie stracić znowu kilku godzin na transfer. Koszt takiej usługi to 2200 rupii. Uważam to za rozsądną stawkę. Przy okazji otrzymałem za darmo nawigację. Sam samochód został mi dostarczony w przeciągu 15 minut.

Tak też dobiegł końca mój krótki, ale bardzo udany pobyt w hotelu sieci IHG. Spakowałem swoje rzeczy do samochodu i udałem się na objazd zaplanowanej trasy. O tym czemu praktycznie nic nie zwiedziłem opowiem Wam niebawem.



Tagi: , , , ,

Zostaw komentarz