Archive by Author
28 stycznia 2019

Guam! Idealne miejsce żeby nie robić nic?

Guam! Idealne miejsce żeby nie robić nic?

Odbieram swój plecak i ruszam do automatów, żeby odprawić się na lot na…. Guam. Tak jest, wracam na Guam. Kilka dni temu miałem tam tylko transfer, a teraz spędzę tam 1,5 dnia. Niestety linia Air Seoul pozwala na odprawę w automatach tylko na wybrane rejsy, więc oczywiście tych do USA tutaj zabrakło. Muszę poczekać jeszcze ok. 30 minut na otwarcie stanowisk odprawy. Tutaj jest już długa kolejka, ale nie mam wyjścia. Już w kolejce obsługa sprawdza dokumenty, miejsce pobytu na Guam i bilety powrotny. 

Image

Na 2 godziny przed rejsem idę na kolację do saloniku Asiana, gdzie niestety na Priority Pass nie udaje mi się wejść. Rzeczywiście jest tam adnotacja, że lot musi być wykonywany przez Asianę. Myślałem, że może z uwagi na partnerstwo z Air Seoul będzie to możliwe, ale jednak nie. W takim układzie idę do poczekalni Matina Lounge, która co prawda wygląda nieszczególnie, ale oferuje doskonałe jedzenie (po względem wyboru i jakości potraw). Jestem mile zaskoczony. Co prawda miejsc do siedzenia trochę brakuje, są to mało wygodne krzesła, a obsługa nie nadąża ze sprzątaniem, ale absolutnie tutaj wrócę, kiedy tylko będę miał okazję – dla świetnego kurczaka, ryby i owoców na deser. 

Image

Lot Air Seoul był… hmm.. tak powinienem skończyć to zdanie, bo zasnąłem przed startem, a obudziłem się po lądowaniu o 2:30 w nocy.@tropikey pewnie odpuściłbym muzeum, bo reszta naprawdę ciekawa i warta odwiedzenia. W Seulu kolejka na jakieś 5 minut, ale przylot był ok. 6 rano. Jeszcze celem uzupełnienia poprzedniego wpisu – zdążyłem przed zaśnięciem zrobić kilka fotek w kabinie Air Seoul, więc poniżej załączam fotki. 

Image

Image

Image

Na wyspę Guam docieram o godzinie 2:40 w nocy. Tak, jak wspomniałem będą jeszcze gorsze noclegi, niż ten hostel w Honolulu, bo np. tutaj czekał mnie pobyt na lotnisku. Zacząłem szukać dogodnego miejsca i wcale to nie było łatwe. WiFi łapało mi tylko w jednym miejscu, ale znowu tam klimatyzatory były ustawione tak, że mógłbym zamarznąć. Zanim więc obszedłem całe lotnisko dwa razy to już trochę czasu minęło. Niestety nie spałem. Kiedy nadeszła godzina 6:30 zebrałem się i widząc, że słońce wstaje poszedłem pieszo w stronę hotelu. Nocleg miałem zarezerwowany w Hilton Guam, który znajduje się około 4 kilometrów od lotniska, a droga jest dosyć prosta. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Docieram tam około godziny 8 i jak się spodziewałem nie ma dla mnie pokoju, ale nie szkodzi, bo przecież i tak nie będę w nim siedział. Zostawiam bagaż w przechowalni, a pani zaprasza mnie na śniadanie do saloniku na 7 piętrze (jak się okazało tylko tam mogłem jeść śniadania (jako statusowiec), a w restauracji było dodatkowo płatne). Wybór jedzenia bardzo skromny tj. jajecznica, kiełbaski, sery, wędliny, dżemy, owoce, płatki itp. Do tego sporo napojów jak np. soki owocowe, cola, spirte, kawy i herbaty. Jestem bardzo szczęśliwy, że udało mi się coś zjeść i to tym bardziej z tak fenomenalnym widokiem, jaki rozpościera się z okien. Można też wyjść na zewnątrz, ale wiatr jest bardzo silny, więc wszyscy są w środku.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po około 2 godzinach otrzymuję kartę do pokoju, który jest na 6 piętrze. Największym jego plusem jest oczywiście fantastyczny widok i taras. Dodatkowo jako wstawkę dostaję dwa napoje gazowane i wino. Trudno mi ocenić czy był to upgrade, czy też nie, wydaje mi się, że dostałem taki pokój jaki zarezerwowałem (za 40 tysięcy punktów). Warto jednak dodać, że zrobiłem to 3 miesiące wcześniej, a później jak sprawdzałem to nie było zupełnie dostępności. 

Zmęczenie było na tyle mocne, że postanowiłem uciąć sobie krótką drzemkę. Nastawiłem budzik na 13 i zasnąłem w kilka sekund. Od razu poczułem więcej sił i ruszyłem na spacer po Tumon Bay, którą obszedłem od początku do końca. A na jej końcu znajduje się Two Lovers Point, czyli miejsce, gdzie według legendy w przepaść skoczyła para, której rodzice nie pozwolili się pobrać. 

Image

Image
Image

Image

Image

Image
Image

Chodząc po plaży nie mogę nacieszyć wzroku widokami, jakie tutaj można podziwiać. Naprawdę plaża ta należy do mojej ścisłej czołówki najpiękniejszych na świecie. Na chwilę zmienia się gwałtownie pogoda i rozpoczyna się ulewa – chowam się pod palmą i po 5 minutach jest już po wszystkim, można iść dalej. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Do hotelu wracam około godziny 18, kiedy to też robię się głodny, a wiem, że w saloniku będzie serwowana kolacja. Rzeczywiście dostępnych jest kilka dań na ciepło (pierogi, mięso etc.) oraz przekąski. Do picia są także napoje alkoholowe, które można zamawiać z karty, obsługa zdecydowanie nie szczędzi i co 10 minut przechodzi przez salonik dolewając do niepełnych kieliszków. Trzeba przyznać, że lounge był prawie pełen, co świadczy, że rzeczywiście hotel ma spore obłożenie i stąd też ten brak wolnych pokoi.

Image

Image

Po kolacji udaję się do pokoju i zasypiam po 22. W końcu mam normalne, wygodne łóżko (przyp. ostatnią noc spędziłem na lotnisku, a przedostatnią w samolocie).

Wstaję wcześnie, bo już około 4 rano – chyba wszelkie zmiany czasu powodują lekkie rozregulowanie mojego organizmu. Ale nie szkodzi, bo mam trochę pracy, więc zajmuję się tym do pory śniadania, które ponownie zjadam w saloniku. Warto wspomnieć jeszcze o niesamowitym wschodzie słońca, który podziwiałem z tarasu. Kolory, które można było obserwować wydawały się wręcz nierealne. Po tym udaję się na basen, gdzie znajduje się także jacuzzi z ciepłą wodą oraz mniejszy infinity pool. Na basenie rano nie ma praktycznie ludzi. Ręcznik otrzymuje się wymieniając otrzymaną przy check in kartę, którą oczywiście musimy oddać przy check out, żeby nie zostać obciążonym 25 dolarami kary. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przedłużam sobie dobę hotelową do godziny 13 i punktualnie o tej wychodzę.



28 stycznia 2019

Biznes klasa Thai Airways (Airbus A350) i zwiedzanie Seulu

XIAOYI

Lekko poirytowany tą sytuację idę schodami do góry na stację, gdzie kupuję żeton na pociąg. Ten dosłownie minutę później podjeżdża, więc po kolejnym pół godziny jestem na lotnisku, gdzie udaję się do punktu odprawy pasażerów biznes klasy Thai Airways. Dzisiaj czeka mnie rejs do Seulu, który potrwa około 5 godzin na pokładzie nowego Airbusa A350-900. Jeszcze kilka tygodni temu miał to być stary 747, ale w pierwszej klasie, więc niestety (lub stety) spotkał mnie downgrade, ale tym samym oddano połowę mil, przez co ostatecznie jestem zadowolony.

Image

Image

Image

Odprawa przebiega bardzo szybko. Pani chce tylko zobaczyć mój bilet powrotny z Seulu, informuje ją, że będę tam tylko 14 godzin i lecę dalej na Guam. Pokazuję jej mój plan w TripIt, ona spisuje numer rejsu i drukuje mi bilet z zaproszeniem do poczekalni Royal Silk. Jest także dedykowane Priority Lane dla Star Alliance Gold i pasażerów klas premium. Rzeczywiście przechodzi się je bez oczekiwania i od razu, ruchomymi schodami można zjechać do saloniku. Tutaj od razu po prawej stronie (jeszcze przed recepcją) znajduje się bar z napojami. Kiedy pójdziecie w lewo, to traficie do kilku sali, które oferują wyspy z jedzeniem i automaty do kawy/herbaty, a także lodówki z napojami bezalkoholowymi (poza piwem). Niestety lounge jest bardzo zatłoczony i trudno znaleźć tutaj znaleźć dogodne miejsce. Mam tutaj tylko godzinę czasu, kiedy to głównie zajadam się tajskimi, ostrymi zupkami, których jestem zwolennikiem. Kiedy zbliża się północ ruszam do gate’u na lot do stolicy Korei Południowej (to będzie mój pierwszy raz w tym mieście). Z uwagi, że to już kolejny dzień, to o samym locie i nowej klasie biznes u tajskiego przewoźnika napiszę Wam niebawem.

To jedziemy dalej – teraz na tapetę idzie lot w klasie biznes tajlandzkich linii lotniczych, która tutaj nazywa się Royal Silk Class. Mam to szczęście, że będę podróżował nowym Airbusem A350-900. Oczywiście w środku dominuje kolor purpurowo-fioletowy, do czego ten przewoźnik nas przyzwyczaił, a ma to związek z barwą orchidei, która jest uprawiana w Tajlandii. Na pokładzie mamy znany i wygodny układ siedzeń 1-2-1, który pozwala bez problemu każdemu dostać się do korytarza. Ja wybrałem miejsce przy oknie, ponieważ podróżuję sam. 

Image

Image
Image

Image

Zastosowane tutaj fotele są bardzo wygodne i przypominają nieco te z Etihadu czy Air Canada. Wymieniam celowo te linie, ponieważ opisywałem je tutaj właśnie lecąc klasą biznes. Posiadają one regulację ustawienia aż do pozycji zupełne płaskiej, co pozwala nam nie tylko wygodnie siedzieć, ale i spać. Do tego przed siedzeniem jest duży ekran dotykowy, są dostępne gniazdka elektryczne i USB. 

Image

Image

Tuż przed serwisem poczęstowany zostaję kieliszkiem szampana Veuve Clicquot Brut i dostaję także ładną kosmetyczkę z podstawowymi rzeczami, które mogą się przydać w trakcie rejsu. Nie zabrakło dodatkowo słuchawek, poduszki i bardzo przyjemnego w dotyku koca. 

Image
Image

Wystartowaliśmy kilka minut po rozkładowym czasie – ogólnie bardzo lubię stary A350, zawsze są takie płynne i delikatne (może mam po prostu szczęście). Kilka minut po tym stewardesa przynosi mi ciepły ręcznik odświeżający oraz menu. Do wyboru jest kilka opcji śniadaniowych, które będą zrealizowane na 1h przed lądowaniem. Decyduję się na omleta, zupę rybną i kapustę w stylu tajskim. Dla osób, które są wcześniej głodne jest także menu z zupami, z którego można zamówić potrawę o dowolnej porze. Oczywiście nie zabrakło w menu szerokiej gamy napojów alkoholowych i bezalkoholowych, jednak ja po całym, męczącym dniu w Bangkoku marzyłem tylko żeby wypocząć przed lądowaniem w Seulu, bowiem odwiedzałem to miasto po raz pierwszy i miałem bardzo ochocze plany na długie zwiedzanie.

Image

Image

Oczywiście IFE działa jak należy, ale nie mam czasu nic obejrzeć. Obsługa jest profesjonalna i bardzo uprzejma, oceniłbym ją nawet wyżej niż ekipę z Etihadu podczas ostatniego mojego rejsu, ale oczywiście tutaj nie możemy generalizować. Jedzenie było smaczne i dobrze doprawione. 

Image

W Korei wylądowaliśmy zgodnie z czasem rozkładowym, więc miałem około 14 godzin na poznanie stolicy tego kraju. Niestety termometry wskazywały 0 st. C, a ja swoją kurtkę zostawiłem kilka dni, żeby nie nosić jej po miejscach, gdzie jest ponad 30 stopni, a jakoś o Seulu zapomniałem. Kontrola paszportowa przebiegła bardzo sprawnie, więc od razu udałem się na poszukiwanie punktu, gdzie mogę zostawić swój bagaż. Przechowalnia jest na 3 piętrze blisko stanowisk A, a koszt przechowania przez cały dzień to ok. 30 złotych. Założyłem na siebie dwie bluzy i liczyłem, że to okaże się wystarczające. Od razu Wam zdradzę, że tak było, bo w Seulu trafiłem na piękny słoneczny dzień, przez co temperatura w południe wynosiła nawet 10 stopni Celsjusza, a ja mogłem zdjąć z głowy kaptur.

Image

Image

Do centrum jadę pociągiem, który zatrzymuje się na kilku stacjach po drodze. Wysiadam na stacji centralnej i wychodzę na zewnątrz. Pierwsze co stwierdzam, że czuję się jak w Pekinie. To zdanie jednak zmieniam dosyć szybko, spacerując po uliczkach miasta, starego miasta. Jego historia jest bardzo długa, a po wojnach czy okupacji japońskiej zostało tutaj wiele zabytków, które warto zwiedzić. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że Seul (może cała Korea) ma sporo z Chin i sporo z Japonii, jest jakby pomiędzy. Widać jednak, ze Koreańczycy cenią sobie swoją odrębną kulturę i historię. Absolutnie czułem się tutaj bardzo bezpieczny. 

Image

Image

Image

Pierwszym punktem, który jest istatni w tym mieście, a ja na niego trafiam kierując się w stronę innych zabytków jest brama Sungnyemun. Akurat z daleka mam okazję obserwować zmianę warty. 

Image

Image

Image

Image

Kolejnym miejscem, które robi na mnie świetne wrażenie jest Deoksugung, gdzie płacę 1000 KRW i wchodzę na jego terem. Jest tutaj kompleks budynków, które są wykonane w specyficznym stylu, a w ich tle widać nowoczesną zabudowę miasta. Oczywiście pałac ten, podobnie jak inne ucierpiał w czasie wojny koreańskiej. Budynki zazwyczaj udało się odbudować, jednak wnętrza pałaców są ogołocone przez najeźdźców i wyglądają mało imponująco. 

Image

Image

Image

Kolejną ciekawostką jest możliwość spotkania w mieście, na lotnisku i w wielu innych punktach maskotek z niedawno zakończonych igrzysk olimpijskich.

Image

Image

Image

Image

Kieruję się dalej, po drodze mając okazję zobaczyć w oddali wieżę widokową N o wysokości 236 metrów, niestety tym razem nie będę miał okazji podziwiać z niej panoramy miasta. Poza tym wstępuję także do jednego z muzeów, a kiedy robię się głodny to odwiedzam KFC. Tutaj czuję się jak w dobrej restauracji – nie muszę szukać czystego stołu i omijać bezdomnych przy wejściu (jak np. w Nowym Jorku). Tutaj jest wszystko w idealnym stanie. Ludzie mają tutaj nawet spotkania biznesowe, pracują na laptopach itp. Jestem pod dużym wrażeniem, bo spodziewałem się czegoś przeciętnego. Poza tym ceny są także niezłe – za duży zestaw płacę 5000 wonów, czyli ok. 15 złotych. 

Image

Image

Image

Image

W końcu docieram do Gyeongbokgung, czyli przez wielu ocenianego jako najpiękniejszy z pięciu cesarskich pałaców. Wiele osób zwiedza go w tradycyjnych koreańskich strojach, które podobno można wypożyczyć w specjalnych sklepach. Pierwowzór tego pałacu został wybudowany w 1395 roku, ale później zniszczony przez pożar w XV wieku. Odbudowano go za dynastii Jeseon w 1867 roku, ale ponownie został zdewastowany przez Japończyków w czasie II wojny światowej. Obecna rekonstrukcja z 2009 roku przedstawia tylko 40% oryginału. Mamy tutaj do odwiedzenia kilka pawilonów, które rozmieszczone są na sztucznych wyspach. Jest także Muzeum Narodowe Korei. Pałac Wielce Błogosławiony przez Niebo, bo taka jest jego pełna nazwa można odwiedzić płacąc w kasie 3000 wonów. Przed wejściem udaje mi się ponownie mieć okazję obejrzeć zmianę warty. Dodajmy, że od jego północnej strony mieści się pałac prezydencki, który nazywany jest Błękitnym Pałacem. 

Image
Image

Image

Image

Niestety nie mam już czasu, żeby wybrać się do pałacu Changdeokgung, który wpisany jest na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO, ale może to dobrze, bo będę miał powód, żeby tutaj wrócić. 

Image

Image

Image

Image

Image

Zbliża się godzina 16, więc ja spaceruję w kierunku najbliższej stacji metra, żeby wrócić na lotnisko. Udaje mi się to jedną przesiadką, a koszt biletu to ok. 14 złotych.



27 stycznia 2019

Bangkok: spacer wśród świątyń i pobyt w hotelu Conrad

XIAOYI

Po dotarciu do Bangkoku niestety czeka mnie około 30 minut oczekiwania w kolejce do kontroli paszportowej, widocznie w tym samym czasie wylądował jeszcze inny samolot. Tutaj bez żadnych pytać, od razu pieczątka i można udać się na pociąg do miasta, co jest chyba najszybszą opcją. Koszt to 40 THB (ok. 4,5 zł). W kolejce słyszę sporo polskich głosów, podgląda skąd lecą, czy to jakiś czarter z Warszawy, ale to nic innego jak lot z Dubaju liniami Emirates. Widać, że ten kierunek cieszy się w Polsce bardzo dużą popularnością. I trudno się dziwić. 

Image

Wysiadam dwie stacje przed końcem. Stąd idę do hotelu Conrad Banokok, który zarezerwowałem za 30k punktów Honors. W zasadzie to chciałem podjechać taksówką, ale dwóch zatrzymanych kierowców nie miało pojęcia o co pytam, więc żeby nie tracić czasu wziąłem nogi za pas i przemierzyłem 3 kilometry w totalnym upale, wśród zapachów gotowanego na ulicy jedzenia i głośnych klaksonów. Do tego długie spodnie, bluza i plecak, który sprawia wrażenie coraz cięższego 

 Okay, po około 30 minutach szybkiego marszu dotarłem do celu. Na miejscu recepcjonistka informuje mnie o podwyższeniu kategorii pokoju do Executive King Suite, który znajduje się na 31 piętrze. Dostaję kartę i szybko idę się wykąpać, a następnie zaglądam do saloniku na kolację. Trzeba przyznać, że widok z lounge jest świetny, przez co też cieszy się on dużą popularnością, bowiem jest tutaj dużo gości. Serwowanych jest trochę potraw na ciepło, zimnych przekąsek i słodyczy. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ja głównie cieszę się z wina musującego i sushi, którego dawno nie jadłem. Po jakiś 30 minutach postanawiam wybrać się na spacer po mieście, ale nie biorę ze sobą aparatu. Do hotelu wracam około 3 w nocy, Bangkok rzeczywiście chodzi późno spać! Jestem wykończony, myślę, że tego dnia pokonałem pomiędzy 30-40 km na nogach, czas odpocząć. 

Image

Mój dzień w Bangkoku (w zasadzie cały, bo lot mam dopiero tuż przed północą) rozpoczynam śniadaniem w hotelowej restauracji, która znajduje się na pierwszym piętrze. O dziwo nie jest ona jakaś olbrzymia, ale raczej kameralna, z podziałem na kilka stref, gdzie znajdziemy zarówno jedzenie europejskie, jak i azjatyckie. Oczywiście prym w mojej diecie wiodą tutaj owoce, uwielbiam dragon fruita czy też mango, a do tego świeżo wyciskane soki (jest wyciskarka, której możemy użyć). Same pyszne rzeczy. Do tego zjadam zupę z kulkami rybnymi i tofu, a także omlet, który jest oczywiście robiony przez kucharkę na odpowiedniej stacji. Po takim posiłku pewnie nie będę długo głodny.

XIAOYI
Image

Image

Image

Postanawiam zapytać w recepcji do której godziny będę mógł maksymalnie zostać w pokoju. Niestety najpóźniej do 14, ponieważ wszystkie apartamenty są na dzisiaj zarezerwowane i muszą być gotowe dla kolejnych gości na 15. W związku z tym postanawiam teraz udać się na spacer po turystycznej dzielnicy Bangkoku, a wrócić przed wykwaterowaniem. Sprawdzam na telefonie dostępność Ubera i jest dokonała. Koszt przejazdu pod Wat Arun to około 160 THB, brzmi rozsądnie. Zamawiamy kierowcę i czekam w hotelowym holu. Do centrum jedziemy około 35 minut. Już mi się podoba – Bangkok od zawsze zaskakuje mnie swoją niesamowitą energią, zapachami i temperamentem. 

Image

Image

Image

Docieramy ostatecznie na drugi brzeg rzeki, dokładnie visa vi Wat Arun, czyli świątyni świtu, która przez długi czas była w budowie i pomimo, że byłem już w stolicy Tajlandii pewnie więcej niż 5 razy, to nigdy nie udało mi się jej uwiecznić na zdjęciu. Do dzisiaj. Innym miejscem, którego nigdy dokładnie nie zwiedziłem jest Wielki Pałac Królewski, obok którego przejeżdżamy. Znam go z zewnątrz i rzeczywiście prezentuje się niesamowicie – pełen orientalnego przepychu i ciekawej zbitki kolorów. Oczywiście w pobliżu mamy znaną wszystkim Świątynię Leżącego Buddy, czyli Wat Pho. To obowiązkowy punkt każdego turysty. Wstęp tutaj kosztuje bodajże 100 THB (z butelką wody w komplecie) i rzeczywiście warto to miejsce zobaczyć. Ja robiłem to już kilka raz, więc teraz z uwagi na napięty grafik odpuszczam i idę dalej.

Image

Image

Image

Image

Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o mijanych przeze mnie co chwilę straganach z jedzeniem. Bangkok to jedna wielka stołówka, gdzie dostaniemy wszystko – od smażonego makaronu, po egzotyczne soki, aż po słodkie desery. Tutaj nikt specjalnie nie przejmuje się higieną – talerze myte są w wiadrze ze stojącą wodą, tak żeby posiłek był gotowy jak najszybciej. O dziwo do tej pory jedząc tak i w Bangkoku i innych krajach nie miałem żadnych problemów z żołądkiem. Pomimo, że w kilku miejscach uśmiecha się do mnie fantastyczny Pad Thai czy zupka Tom Kha Kai to niestety pasuję, po śniadaniu nie jestem już w stanie nic zjeść.

Image

Image

Image

Image

Kolejną rzeczą, której nie unikniemy w stolicy Tajlandii są masaże. Punktów, gdzie świadczone są taki usługi jest multum. Pamiętajcie jednak, że masaż tajski jest dosyć specyficzny i trochę może przypominać łamanie kości, ale po takim zabiegu każdy czuje się zrelaksowany. 

Pewnie wszystko co Wam tu piszę, to już dobrze wiecie, bo o Bangkoku napisano wszystko. Miasto Aniołów to bardzo popularne miejsce wśród polskich i nie tylko turystów, czego dowód miałem dnia poprzedniego na lotnisku spotykając grupy naszych rodaków. Z ciekawostek warto dodać, że nazwa tego miasta trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa, gdyż jego pełna nazwa składa się z 20 słów i jest najdłuższą nazwą geograficzną na świecie. 

Image

Image

Image

Image

Jako punkt końcowy mojego spaceru obieram sobie dwie świątynie po drugiej stronie rzeki, które dojrzałem z okna Ubera i wydały mi się całkiem ciekawe. Zaznaczyłem je szybko na mapie, stąd też wiem, że mam do nich około 4 kilometrów, więc właśnie kieruję się w ich stronę, oglądając po drodze życie mieszkańców. Teraz postanawiam przetestować taksówkę i łapię różowy samochód, upewniam się, że taksometr jest włączony i jadę Conrada. I jak się okazuje tym razem koszt przejazdu to 100 THB, czyli znacznie taniej! Wniosek z tego taki, że w przypadku Bangkoku klasyczna taksówka jest lepszym rozwiązaniem, chociaż… przeczytajcie dalej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W hotelu udaje się do saloniku na tzw. Afternoon Tea, gdzie serwowane są drobne przekąski do kawy. Nie mam już dużo czasu, więc dosyć szybko urywam się do pokoju, pakuję swoje rzeczy i idę zostawić plecak w przechowalni bagażu. Jest 14, więc mam sporo czasu, który pożytkuję na relaks na basenie, który znajduje się na czwartym piętrze hotelu. Oprócz tego są tam też dwa korty tenisowe i brodzik dla dzieci. Całość otoczona palmami prezentuje się naprawdę świetnie i można rzeczywiście odpocząć z uwagi na małą liczbę ludzi i co idzie za tym ciszę (o którą w Bangkoku trudno). 

Image

Powyżej wstawka do pokoju.

Image

Image

Widok z pokoju.

Image
Image

Kiedy zbliża się godzina 18 postanawiam wybrać się na jeszcze jeden spacer po mieście, ponownie bez aparatu. Włóczę się małymi uliczkami, raz skręcając w prawo, a raz w lewo. Przechodzą obok miejsc, które kojarzę ze swoich poprzednich pobytów tutaj. Wracam do hotelu przed godziną 20, odbieram bagaż i proszę o zamówienie taksówki na najbliższą stację Airport City Line, skąd pojadę na lotnisko Suvarnabhumi. Wiem, że nie jest to daleko i taki przejazd powinien kosztować maksymalnie 50 THB, ale nie chcę po raz kolejny iść w tej duchocie z pełnym plecakiem. Taryfa podjeżdża po dobrych 20 minutach, ale trudno się dziwić, bo w mieście panują niesamowite korki. I tutaj ujawnia się moja amatorszczyzna, a może i naiwność – zakładam, że jak hotel zamówił mi taksę, to ta będzie jechała z włączonym taksometrem. Nic bardziej mylnego. Urządzenie mierzące jest ładnie zasłonięte przez pachnący listek z licznymi ozdobami, przez co wiem że coś tam się wyświetla, ale nie wiem czy liczy. Taksówkarz proponuje, że podrzuci mnie na samo lotnisko, ale odmawiam. Coś tam zagaduje, że ominie korek etc. Dobra w końcu dojeżdżamy na stację, gdzie dnia poprzedniego wysiadałem, więc mam pewność, że to dobre miejsce. Wtedy też słyszę magiczne 200 THB do zapłaty. No tak, ładnie się dałem zrobić. Szybko otwieram drzwi (żeby mi ich nie zablokował, nie odjechał etc.) i informuję go, że taki przejazd może kosztować maksymalnie 50 THB. On swoje, ja swoje. W końcu nie wytrzymuję tej słownej przepychanki i wysiadam, po czym słyszę „OK, OK”. Niestety nie mam drobnych… Daję stówkę, dostaję z powrotem 40 THB i słyszę odjazd z piskiem opon. Bardzo nie lubię tego typu sytuacji, ale też nie dam się świadomie oszukiwać.



27 stycznia 2019

Hong Kong: poranny jogging na Victoria Peak!

Hong Kong: poranny jogging na Victoria Peak!

Pobudka zgodnie z planem o 6 rano, mam wrażenie, że pada deszcz, albo może chciałbym, żeby tak było, żeby jeszcze pospać. Nic z tych rzeczy, zjadam banana i ruszam w stronę Wzgórza Wiktorii. To kilka kilometrów od mojego hotelu, więc truchtam, żeby zdobyć szczyt jak najwcześniej. Trasa, którą sobie obrałem, trochę przypadkowo wiedzie przez Pinewood Battery. To miejsce związane z historią miasta, ulokowane 307 metrów nad poziomem morza, które powstało na początku 20 wieku. Do ruin prowadzą strome schody, które staram się pokonać jak najszybciej. Tutaj bardzo dużo mieszkańców wychodzi ze swoimi pupilami na spacer, jest też specjalna trasa dla osób, które robią poranny rozruch. Nie zabrakło również siłowni na świeżym powietrzu. 

Image

Image

Image

Image

W końcu docieram do miejsca, z którego doskonale widać miasto. Nie jest to co prawda sam punkt widokowy, za wejście na który się płaci, ale również doskonała lokalizacja do obserwacji. O poranku było jeszcze dosyć mgliście, ale z minuty na minutę pogoda się poprawiała. Samo wzgórze The Peak znajduje się na środku wyspy Hongkong i jest pokryte roślinnością subtropikalną. Ja obiegam szczyt ulicą Lugard Road, skąd jest właśnie większość moich zdjęć. Dla wygodnych jest oczywiście kolejka, która jedzie po torach o kącie nachylenia 45 stopni.

Image

Image

Image

Image
Image

W drodze powrotnej zahaczam jeszcze o dwa parki. Wchodzę do pierwszego z nich i patrzę, a tu zoo, głównie jakieś ptaki, ale jest i lemur! Idę dalej do drugiego o nazwie Hong Kong Park, który znajduje się także w północnej części wyspy za budynkami Bank of China czy HSBC.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W nim znajdziemy kilka fontann, skwerki, Tai Chi Garden, wodospad, żółwie i oczka wodne. Wszystko to świetnie kontrastuje z nowoczesną zabudową miasta. Postanawiam wrócić z Central do hotelu, ale tutaj także nie mogę się nadziwić wieżowcom, które mnie otaczają. Liczne drapacze chmur, nowoczesna architektura i tłumy ludzi, którzy cały czas gdzieś się spieszą. Ja powoli też zaczynam. Kupuję bilet i jadę na stację North Point, która jest dosłownie obok Ibisa, skąd biorę rzeczy i oddaję kartę. Miła pani w recepcji informuje mnie, że najłatwiej do centrum dojadę busem A11, który rusza praktycznie z pod hotelu i jedzie bezpośrednio na miejsce. Jego cena to 40 HKD, a czas przejazdu to w praktyce około 1:10 h, chociaż Google Map sugeruje 1:42 h. Po drodze oczywiście można podziwiać świetne widoki i panoramę miasta. Siedzę w pierwszym rzędzie z aparatem w ręku i pstrykam i pstrykam. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po dotarciu na lotnisko, od razu przechodzę kontrolę z biletem w aplikacji mobilnej Cathay Pacific. Dzisiaj czeka mnie rejs do Hong Kongu na pokładzie Airbusa A330-300. Wcześniej idę na obiad do saloniku Premium Plaza, gdzie tuż obok otworzono drugi taki sam lounge. Jest dużo więcej przestrzeni, fotele zapewniające doskonałą prywatność, bardzo smaczne jedzie (i spory wybór) i dobrze działający Internet. Trzeba przyznać, że solidna oferta, po tym jak zniknęło z aplikacji kilka saloników w HKG (a były naprawdę świetne) to ten godnie je zastępuje. 

Image

Image

Boarding na lot zaczyna się punktualnie, podobnie jak odlot. Rzeczywiście czas przelotu to 3 godziny, jednak musimy w stolicy Tajlandii cofnąć wskazówki zegara o jedną godzinę, w związku z czym przylatuję parę minut po 16 czasu miejscowego. W trakcie rejsu były bardzo fajne widoki m.in. na wyspę Hainan, która uchodzi za chińskie Hawaje. Podczas lotu podano obiad – do wyboru kurczak z makaronem lub wołowina z ryżem. Postawiłem na to drugie i było bardzo smaczne, do picia także szeroki wybór od soków, poprzez kawę i herbatę, aż po alkohole. Siedzenia w klasie ekonomicznej są wyjątkowo wygodne, a stolik naprawdę szeroki i pozwalający wygodnie pracować. W wielu liniach lotniczych tak wygląda Economy Premium, za co trzeb Cathaya naprawdę mocno pochwalić. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image




23 stycznia 2019

Island Hopper: z Honolulu do Hong Kongu przez wyspy Mikronezji

Island Hopper: z Honolulu do Hong Kongu przez wyspy Mikronezji

Dzień zaczynam o 4:30, kiedy to budzę się bez użycia budzika. Cieszy mnie, to bo nie będzie on nikogo budził w naszej hostelowej sali. W pokoju jest dosyć jasno, więc zdejmuję pościel z łóżka, pakuję się, szybka łazienka i idę piętro niżej się wymeldować. Proszę o zamówienie taksówki na lotnisko, która ma przyjechać za 20 minut. Sprawdziłem w między czasie Ubera, ale ten kosztował o tej godzinie od 55 do 80 dolarów. Ja mam zapłacić 30 dolarów. Autobus nie jest opcją o tej godzinie, bowiem odjeżdża pierwszy o 5:30, a przy czasie przejazdu min. 1 h to niestety tylko dla osób o stalowych nerwach.

Image

W przypadku taksówki też trzeba mieć dużo cierpliwości, ponieważ czekam 30 minut i nikogo nie ma… W końcu pojawia się koleżanka z pokoju obok i okazuje się, że ona ze swoim kolegą także będzie jechała na lotnisko, więc jeżeli zechcę zaczekać to możemy jechać razem. Oczywiście zgadzam się, a w między czasie zagaduje do mnie inny taksówkarz czy nie potrzebuję transportu. Zgadzamy się z miejsca na taką samą cenę i już po chwili wszyscy razem jedziemy do porty lotniczego w Honolulu. Droga mija bardzo szybko, bo cały czas rozmawiamy o podróżach. Moi towarzysze mają lot nawet wcześniej ode mnie, a polecą na inną hawajską wyspę Maui. Staram się im dać kilka rekomendacji dotyczących tego miejsca, ponieważ byłem tam kilka lat temu. Są to Francuzi, którzy mieszkają w Montrealu.

Image

Image

Na lotnisku od razu kieruję się do odprawy United, gdzie po przejściu wszystkich ekranów pojawia się ostatni, żółty, że mam czekać na kogoś z obsługi linii lotniczej w celu weryfikacji dokumentów. Taką sytuację ma co najmniej 5 innych osób obok mnie. Blokujemy kioski do odprawy, a z United przez 20 minut nikt nie przychodzi. W końcu są 2-3 osoby. Ja muszę być odprawiony przez nich manualnie, pytają mnie m.in. o wizę do Hong Kongu, który jest destynacją widoczną w systemie. Po wyjaśnieniu wszystkie dostaję TYLKO dwa bilety: HNL-GUM i GUM-HKG, niestety nie mam pozostałych odcinków Island Hoppera wyszczególnionych na osobnych druczkach. Ale dlaczego tak jest chyba wyjaśnił @Yossarian

Image

Mój czas jest nie najlepszy biorąc pod uwagę, że chciałem zjeść w saloniku śniadanie przed 15 godzinami w samolocie, gdzie po serwisie nie spodziewam się niczego dobrego. Wbiegam do saloniku, robię szybką kawę, wypijam szklankę soku i zjadam owsiankę z żurawiną. Nie lubię jeść w pośpiechu więc wrzucam na toster dwa bajgle i zabieram je ze sobą do samolotu. To był świetny wybór, jak się okazało…

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Boarding rusza 10 minut później, niż pokazano to na bilecie, ale jest sprawny. Zajmuję miejsce 11F, które będę miał do końca podroży Island Hopperem. Jak już pewnie wiecie 11A nie ma okna i rzeczywiście tamten rząd przez większość lotu był pusty. Teraz pojawia się problem, ponieważ czekamy na jakiś bagaż i wszystko się znacznie opóźnia. Ostatecznie wyruszamy z prawie godzinnym poślizgiem. Na początku rejsu można ładnie podziwiać zieloną wyspę Kauai, a dalej raczej nic się nie dzieje do momentu lądowania na Majuro (po około 4 godzinach). Tutaj też mamy możliwość opuszczenia samolotu i nawet wejścia do hali odlotów, gdzie jest mała budka z napojami i jedzeniem. Robię fotki przy tablicy z nazwą lotniska. Po chwili zgaduję się z jednym z pasażerów, który jak się okazuje też jest na pokładzie z uwagi na samą ideę Island Hoppera. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie zapytał mnie nagle czy to mój nick (w tym momencie wyciąg wydrukowaną kartkę, gdzie są m.in. moje posty z FlyerTalka). Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ale tak! Jaki zbieg okoliczności! Razem jesteśmy w wielkim szoku. On leci na trasie Washington DC – Honolulu – Hong Kong i będzie wracał przez Tokyo do bodajże Philadelphii. Oczywiście rozmawiamy o podróżowaniu, milach, punktach etc.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Czasu nie mamy raczej dobrego, bo i tutaj mam wrażenie byliśmy dłużej niż rozkładowy czas pozwala. Poza tym przed Majuro przekroczyliśmy linię zmiany daty, więc nagle z 18 marca zrobił się 19 marca. W związku z tym 18 marca to zdecydowanie mój najkrótszy dzień w tym roku. Nie trwał nawet 12 godzin. Za to tych długich dni miałem już sporo. Następnym punktem jest wyspa Kwajalein, która także należy do Wysp Marshalla. Widoki ponownie świetne podczas lądowania, ale tutaj nie ma zgody na wyjście z samolotu, więc musimy zostać w środku. Za to wchodzi obsługa i sprawdza wszystkie luki bagażowe, mają być one puste w trakcie postoju, jak nie są to bagaż jest wyciągany i trzeba się po niego zgłosić. Tutaj też dosiada się spora liczba nowych pasażerów. Ja na szczęście cały czas mam miejsce obok siebie wolne, więc leci mi się komfortowo. Dodatkowo Economy Plus dla osoby o moim wzroście to spore udogodnienie. Lepiej trafić chyba już nie mogłem (PS. First jest pełen).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Trzecią wysepką, która podoba mi się najbardziej jest Kosrae. Jest ona przepięknie zielona, a przy lądowaniu można podziwiać cudowny kolor wody i rafę koralową. Robi to kapitalne wrażenie! Niestety tutaj także, z powodu opóźnienia nie ma pozwolenia na opuszczenie samolotu przez osoby, które lecą dalej.

Image

Image

Image

Image

Image

Czwartym miejscem, gdzie lądujemy jest Pohnpei. Tutaj ważnym odnotowania faktem jest duży zasięg WiFi, przez co mogę szybko sprawdzić status mojego kolejnego lotu do Hong Kongu. Niestety ponownie opóźnienie zwiększa się, więc nie ma możliwości opuszczenia samolotu, co więcej z uwagi na taki stan rzeczy będziemy lecieli już bezpośrednio na Guam, omijając Chuuk. Osoby, których destynacją była właśnie ta wyspa otrzymają nocleg i polecą tam kolejnego dnia rano.

Image

Image

Image

Ostatni odcinek do Guam nie oferuje specjalnych widoków do momentu lądowania. Wyspa jest niesamowicie zielona, czego się nie spodziewałem. Już nie mogę się doczekać powrotu tutaj za kilka dni. Patrzę na zegarek i wychodzi na to, że na przesiadkę będę miał dosłownie 30 minut, nie mam pewności czy jest to do zrobienia. Muszę przejść imigration, ponownie kontrolę bagażu podręcznego i pobiec do bramki numer 12, która jest dosyć daleko. Ostatecznie jestem aż 15 minut przed rozkładowym czasem odlotu, więc jeszcze chwilę czekam w samolocie na resztę pasażerów. Tym razem lot jest prawie pusty, a LF na poziomie 25%. Mam trzy miejsca dla siebie, więc dosyć wygodnie przesypiam większość rejsu. Nie wiem czy był serwis i co podano. United niestety po raz kolejny próbuje zamrozić pasażerów – zakładam dwie bluzy i przykrywam się kocem, ale to nadal niewiele daje. Eh, chyba zaczęli wzorować się na Cebu.

W Hong Kongu lądujemy idealnie o czasie, chociaż nad miastem byliśmy już dużo wcześniej to robimy jedno dodatkowe kółeczko w oczekiwaniu na możliwość lądowania. Podjeżdżamy pod rękaw i po kolejnych 10 minutach jestem już po stronie landside. Kupuję bilet na autobus A11, który jak się okazuje zatrzymuje się dosłownie pod moim hotelem, który zarezerwowałem na stronie Accorhotels. Będzie to Ibis Hong Kong North Point, który kosztował 2000 punktów + ok. 70 złotych. Dojazd do niego zajął mniej niż godzinę. Przypomnę tylko, że w autobusach kursujących na tej trasie jest darmowe i szybkie WiFi, więc czas mija bardzo fajnie, tym bardziej po jakiś 16 godzinach w samolocie. W hotelu szybko otrzymuję kartę od pokoju i mogę odpocząć. Zasypiam po 2:30 w nocy, a budzik mam ustawiony już na 6:00, żeby zrobić ekspresowy jogging po Hong Kongu z aparatem na szyi.

Image

Image

Mimo tylu godzin nic nierobienia czuję się zmęczony tą podróżą, a z drugiej strony bardzo usatysfakcjonowany, ponieważ do tej pory plan jest w pełni realizowany i po prostu nie mogę się nudzić. Na trasie nie było jeszcze nowych dla mnie miejsc, przez co może podchodzę do tematu trochę zbyt ogólnie, ale Seul i Guam już blisko!



23 stycznia 2019

Jeden dzień w Honolulu!

Jeden dzień w Honolulu!

Rejs kończymy spokojnym lądowaniem. Pod koniec wypijam jeszcze kawę, żeby odzyskać trochę energii. Po wyjściu z samolotu i uderzeniu ciepłego powietrza (w samolocie United chciano nas zamrozić i bez koca bym nie wytrwał) od razu wracają siły witalne. Szybko idę do bankomatu wypłacić trochę dolarów i w informacji pytam skąd jedzie autobus do centrum. Dzięki temu po około 30 minutach (niestety jeżdżą bardzo rzadko) jestem już w busie numer 19 Waikiki.Przejazd autobusem miejskim kosztuje 2,75 dolara i zajmuje około godziny, na końcu irytuje mnie już to jak kierowca kluczy po uliczkach miasta i wysiadam, żeby szybciej dotrzeć do hostelu i zostawić plecak. To był świetny wybór. Z uwagi, że ostatnio jadłem wiele godzin temu do kupuję sobie szybką przekąskę w drodze do Polynesian Ocean Hostel. Dostaję pokój sześcioosobowy z jedną łazienką, gdzie idę się przebrać i zostawić manatki. Jak się okazuje pokój jest pełen, a konfiguracja wygląda tak: 5 dziewczyn i ja. Okay, przecież nie powiem, że coś mi się nie podoba 😀 Ruszam na spacer po Waikiki.

Image

Image

Image

Image

Waikiki to nie tylko plaża, ale również kolorowa ulica Kalākaua Avenue, wzdłuż której ciągną się drogie hotele, restauracje, banki i sklepy. Spotkamy tutaj głównie Amerykanów, Australijczyków i Japończyków. Po drodze mijam oczywiście pomnik Duke’a Kahanamoku z którym mam zdjęcie sprzed blisko 5 lat i stoi ono u mnie w pokoju. Był to hawajski pływak, który uchodzi za ojca surfingu, zdobył wiele medali olimpijskich.

Image

Image

Image
Image

Image

Image

Z jednej strony plaży możemy obserwować stożek wygasłego wulkanu Diamond Head, gdzie także byłem przed lat. To właśnie on jest teraz tłem większości moich zdjęć. Jego wysokość to 232 metry, a wejście jest po schodach. Panorama rzeczywiście bardzo przyjemna dla oczu. Z drugiej strony widzimy głównie hotel Royal Hawaian Hotel – nazywany Różowym Pałacem Pacyfiku. Na falach obserwują licznych surferów, którzy szlifują swoje umiejętności. Nie da się ukryć, że Honolulu to przede wszystkim komercja, beton czy samochody (dużo jednak elektrycznych), ale z drugiej strony miejsce to ma swój urok i miło tutaj wrócić.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Idę cały czas na zachód, w stronę chowającego się już powoli słońca. Po drodze udaje mi się zauważyć pływającego, dużego żółwia. Waikiki zmienia swój klimat, głównie poprzez zapalone przy ulicy pochodnie i światełka na drzewach. Oglądam także pokaz hawajskiego tańca na plaży i słucham kilkuosobowego zespołu grającego na specyficznych instrumentach.


Image

Image

Image

Image

Image

Wieczorem w Honolulu po prostu nie da się nudzić. Można spacerować do bólu, poleżeć na plaży bez palącego słońca czy udać się do restauracji lub na imprezę. Ja wybrałem jedną z ławek, z widokiem na ocean i tam posiedziałem przez jakąś godzinkę. Niestety zmęczenie zaczęło się uwidaczniać coraz mocniej, więc postanowiłem wrócić do hostelu, żeby pójść spać. Miałem z tyłu głowy, że kolejnego dnia czeka mnie pobudka o 5 i wyjazd na lotnisko, żeby zdążyć na wylot o 7:25 liniami United do Majuro (to pierwsza z wysp podczas coraz bardziej słynnego Island hoppera). Jak się okazało w pokoju były moje współlokatorki, więc spędziliśmy sporo czasu na rozmowach i właśnie dlatego (to już tradycja) za wiele nie spałem.

Image

Hawaje to bardzo ciekawy kierunek, który warto odwiedzić. Z punktu widzenia polskiego turysty niestety bardzo drogi, a czas przelotu w jedną stronę to około 20 godzin. Do tego jeszcze problem związany z wizą do USA, która tutaj oczywiście jest niezbędna. Uważam, że jednak warto tu przylecieć, może nie koniecznie na O’ahu, ale na inne wysepki, które są ładniejsze, mniej komercyjne i oferują cudowną naturę.



23 stycznia 2019

Nowy Jork, Top in the Rock i anulowany Island Hopper!

Nowy Jork, Top in the Rock i anulowany Island Hopper!

Czas mam świetny, więc jeszcze zdążę zrobić fotki w Wielkim Jabłku za dnia. Pędzę na Air Train, a następnie ze stacji Jamaica za bodajże $2,5 jadę na Penn Station, skąd rozpoczynam mój spacer po mieście. Temperatura niestety bardzo niska, bo około 2 stopni w plusie. Zakładam kurtkę, czapkę i po chwili także rękawiczki. Szczerze mówiąc jakbym zgodnie z pierwotnym planem nie zabrał tych części garderoby to nie dałbym rady chodzić po mieście. Temperatura odczuwalna spadła tuż po zajściu słońca do -6 st. C. Pierwszym budynkiem, który widzę na oczy po wyjściu jest hotel Pennsylvania w którym zatrzymałem się około 5 lat temu podczas pobytu w Nowym Jorku. Niestety moja aktywowana i doładowana karta MTXC nie daje rady i nie łączy się w USA, przez co pierwsze co robię to wstępuję do MCDonalda, żeby pobrać mapkę miasta. Okay, okazuje się, że dobrze pamiętałem i szedłem w odpowiednim kierunku. A dokąd? Wymyśliłem sobie w samolocie, że udam się na Top in the Rock, żeby zobaczyć panoramę miasta w nocy. Wcześniej jednak przemierzam wiecznie żywe Times Square na które wrócę, jak zrobi ciemniej (tutaj w sumie ciemniej nie będzie, przez wszechobecne neony reklamowe).

Image
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W końcu docieram pod Rockefeller Center, gdzie lodowisko jest wciąż czynne i cieszy się sporym powodzeniem. Zaraz wracają silne wspomnienia i skojarzenia z tym miejscem. Sam Nowy Jork najbardziej kojarzę z przygodami Kevina, hehe. Idę do kasy kupić bilet na wjazd, nie wiem czemu kojarzyłem cenę $25, jeżeli w rzeczywistości jest $35 + oczywiście tax. Okazuje się, że najbliższy wjazd jest możliwy za godzinę, kurczę niedobrze, ale co poradzić. Przez chwilę nie mogę znaleźć swojej karty kredytowej przez co sesja mi wygasa i muszę ponownie wybrać rodzaj biletu na ekranie. Ooo teraz dostępny jest wjazd za 5 minut, co za szczęście. Szybko kupuję i biegnę do windy. Oczywiście czeka mnie jeszcze kontrola bezpieczeństwa, a następnie wjazd drugą winą, która ponad 65 pięter pokonuje w 36 sekund, wtedy też gaśnie światło i wyświetla się animacja na suficie, który jest przeszklony. Efekt jest bardzo fajny. Najlepsze czeka mnie dopiero na górze, gdzie dostępne są trzy piętra widokowe z czego jeden zupełnie otwarty. Przechodzę przez wszystkie, ale na najwyższym wieje tak mocno wiatr, że nie ma szans zrobienie nieporuszonego zdjęcia, w dodatku po kilku minutach nie czuję dłoni, więc schodzę niżej. Ogólnie spędzam tutaj około 1,5 godziny przyglądają się panoramie miasta. Pomimo tych $40 myślę, że to absolutny must see w Nowym Jorku i cieszę się, że udało mi się go zrobić. Zapewne powtórzę to w ciągu dnia, najlepiej latem.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracam do spaceru po mieście, chociaż jest już 22. Wracam na Time Square, a następnie idę pod Bryant Park, który jest zamykany na noc. Idę też pod sam Empire State Building, który też przecież oferuje punkt widokowy, ale spotkałem się z opiniami, że jednak jest nieco mniej efektowny od tego na Rockefeller Center. Jeszcze przez jakiś czas chodzę sobie bez celu, robię fotki i marznę coraz bardziej. O północy postanawiam udać się na Penn Station skąd mam pociąg na lotnisko Newark. Po zakupie biletu w automacie za $13 idę pod Starbucksa złapać jakieś WiFi, wtedy też widzę, że dostałem maila z informacją o anulowaniu mojego lotu z Honolulu do Guam. Jestem mocno rozczarowany tym faktem. United podsyła mi link, za pomocą którego mogę zmienić mój lot z Newark do Honolulu, który przecież jest w porządku, a na temat HNL-GUM nie ma ani słowa. Nie do końca to rozumiem, więc jadę na lotnisko z nadzieją, że tam uda mi się uzyskać więcej informacji.

Image

Image

Jak się spodziewacie na lotnisku nie ma żywej duszy na stanowiskach United, pomimo, że ich pierwszy lot to ten o 5:15 do Chicago, którym miałem podróżować. W kiosku widzę, że mogę sobie wybrać dowolny inny lot, co mnie interesuje, bo są lepsze połączenia np. przez Houston lub Washington Dulles (przylot do HNL 1,5 wcześniej niż planowo przez Chicago). Podchodzę w końcu do agenta, żeby zapytać się co i jak. Mało sympatyczna kobieta informuje mnie, że ona żadnych zmian nie widzi w moim planie podróży, a jak zrobię zmianę to obciążony będą znaczącym fee. Próbuję z nią dyskutować, ale ona odsyła mnie do automatu. Tam postanawiam sam spróbować zmiany. Wybieram lot przez Houston i… niedostępny. Eh, dobra ostatnia próba przez Dulles i… potwierdzono, mogę wybrać miejsca. No to teraz z biletami w ręku zmieniam terminal z C na A.

Image

Image

Image

Czekam sobie spokojnie na rozpoczęcie kontroli bezpieczeństwa, po której idę do saloniku United. Tam wita mnie pani z Polski, zamieniamy kilka słów i idę na śniadanie. Owsianka z jeżynami i do tego bajgle z serkiem Philadephia to coś czego dawno nie jadłem, więc spożywam ze smakiem. Żeby nie kusić losu wychodzę z Clubu 30 minut przed odlotem, a boarding rusza dosłownie 2 minuty później. Kiedy jesteśmy już wszyscy na pokładzie to nagle gaśnie światło, bo zabrakło zasilania. Sam kapitan wychodzi na zewnątrz, żeby coś sprawdzić, po czym przychodzi i oznajmia, że nie ma szans na wylot o czasie. A kto ma ciasną przesiadkę w Dulles może opuścić samolot i spróbować przebukować swój bilet. A ja myślałem, że to koniec moich problemów z United… Okay, podejmuję to wyzwanie i idę do kolejnej, niesympatycznej kobiety z obsługi, która koniec końców wydaje mi bilet do Honolulu – będzie to bezpośredni rejs Boeingiem 767-400, który potrwa 11,5 godziny. Udaje mi się ją jeszcze uprosić o zmianę miejsca z większą przestrzenią na nogi przy przejściu. Co dalej? Muszę zmienić terminal, ale do lotu są jeszcze 2,5h. Teraz robię to autobusem, który jeździ po płycie lotniska i dzięki temu nie muszę ponownie przechodzić kontroli.

Image

Idę do kolejnego United Clubu, gdzie oferta gastronomiczna jest bardzo podobna. Postanawiam jednak zainteresować się moim jutrzejszym lotem z Honolulu na Guam i idę do agenta w saloniku. W końcu trafiam na kogoś miłego i sympatycznego. Dostaję pełen wydruk sytuacji z tym lotem i sprawa staje się jasna. Lot będzie, o tej godzinie co pierwotnie, ale zmieniono numer lotu, ponieważ… uwaga… gdzieś ma nastąpić zmiana samolotu, a co się później okazuje dołożono dodatkowy odcinek, czyli będzie kreseczka więcej na mapie! W końcu dobre wieści. Poza tym rozmawiamy sobie chwilę o Nowej Zelandii, do której człowiek ten leci za kilka dni, a później o Sydney, gdzie także zatrzyma się na dwa dni (prawdopodobnie będzie tam w ten sam dzień co ja!).

Image

Okay, bo za bardzo przedłużam tę część relacji, zmierzajmy do końca. Boarding na lot do Honolulu punktualnie i po 10 minutach prawie wszyscy są na pokładzie, przychodzę jako jeden z ostatnich, mimo, że jeszcze 20 minut do zamknięcia gate’u. Po kolejnej (!!!) nieprzespanej nocy (tym razem ponownie ani na minutę nie zamknąłem oczu) zapinam pas i idę spać, budzę się na start, a później udaje mi się pospać zaledwie 3 godziny, bo w samolocie jest bardzo zimno. Omija mnie także serwis z napojami (jedzenie na pokładzie United w lotach krajowych jest płatne).



15 listopada 2018

Etihad: klasa biznes do Nowego Jorku

Etihad: klasa biznes do Nowego Jorku

W końcu nastał ten dzień, kiedy będę miał okazję przetestować Etihad w klasie biznes na pokładzie A380. Tak, ten lot KTW-DWC był typowo pozycjonujący. Z drugiej strony człowiek ma niekiedy tak, że po prostu musi sobie trochę polatać, dla czystej przyjemności. Mam nadzieję, że podczas 14h rejsu do Nowego Jorku nacieszę się serwisem, komfortem i poczuję się chociaż lekko wyróżniony ? Obawiam się tylko o swoją formę, ponieważ (to już nic nowego) tej nocy nie poszedłem spać, ale tak jest jak chcesz połączyć obowiązki z przyjemnościami. Dobra, nie narzekam, bo przecież taki mój wybór, a znosiłem już większe trudy.  (więcej…)