Sie 14

Table Mountain po raz drugi, Waterfront i stek ze strusia

przez w RPA

Poprzedniego dnia odwiedziliśmy miasteczko Stellenbosch, co było związane z tym, że przez większość czasu siedzieliśmy w samochodzie i mieliśmy niewiele ruchu. W związku z tym postanowiliśmy trochę się zmęczyć i po raz drugi wejść na Górę Stołową, ale tym razem za dnia, żeby mieć okazję dłużej podziwiać z niej przepiękne widoki. Tym razem było zdecydowanie bardziej gorąco i wspinaczka dała nam popalić, ale mimo to było warto.

Tak, to my kiwamy do Was 😉

Czas schodzić

Na górze spędziliśmy kilka godzin. Tym razem ludzi było jeszcze więcej. Pogoda rzeczywiście nam dopisała, a widoki zrekompensowały trudy wejścia. Powrót na dół, gdzie zaparkowaliśmy samochód był już tylko formalnością. Po tym wszystkim pojechaliśmy trochę odpocząć na plażę Camps Bay, gdzie przy okazji mieliśmy okazję podziwiać wspaniały zachód słońca.

Wieczór spędziliśmy w jednej z miejscowych restauracji, gdzie zjedliśmy między innymi stek ze strusia. Największym jednak plusem tego miejsca była muzyka na żywo. Warto dodać, że zmieniliśmy także miejsce naszego pobytu i kolejne dwie noc spędziliśmy w hostelu Never at Home, gdzie mieliśmy mały, dwuosobowy pokoik.

Chcieliśmy wykorzystać to, że mieszkamy niedaleko Waterfrontu, więc kolejnego dnia zaplanowaliśmy spacer po tej dzielnicy. Miejsce to jakoś specjalnie nie zachwyca, jest mocno komercyjne, ale znajdziemy tutaj duży wybór knajp oraz centrum handlowe ze sklepami spożywczymi. Nie sposób jednak nie zauważyć, że pomiędzy drogimi sklepami i restauracjami znajdują się doki dla statków i realizowane są drobne prace stoczniowe.

Na pobliskim Noble Square trafiamy na pomniki czterech południowoafrykańskich noblistów – Luthuli, Tutu, de Klerka i Mandeli – wszystkie z nieproporcjonalnymi, dziwnie dużymi głowami. W ciągu dnia pogoda trochę się zepsuła i zaczęło padać. Obiad zrobiliśmy sobie w hostelowej kuchni (jak zresztą i śniadanie). Obok Never at Home był duży supermarket ze stosunkowo tanimi produktami spożywczymi.

Kiedy aura uległa poprawie wybraliśmy się na popołudniowy trening. Pobiegliśmy wzdłuż wybrzeża na zachód około 5 kilometrów, żeby wrócić tą samą trasą.

Wieczorem ponownie trafiliśmy na Victoria & Alfred Waterfront, gdzie w planach była kolacja. Gwarne nabrzeże pełne ludzi wydaje się idealnym miejscem na zwieńczenia dnia. Wszystko jest tutaj pięknie oświetlone. Miejsce ma swój niesamowity klimat. Szkoda tylko, że po zmroku nie widać już Góry Stołowej z białymi i gęstymi chmurami, które ją okalają w ciągu dnia. Zrobiliśmy sobie krótki spacer po nabrzeżu. Są tutaj liczne mostki, schody i dróżki, przez co jest ciekawie.

Tego wieczoru ostatecznie zatrzymujemy się na kolację w jednej z restauracji. Zamawiam frytki, burgera i zimne piwo. Słuchamy muzyki na żywo, ludzie tańczą przed sceną (w tym Renatka), reszta gości świetnie się bawi. Do hostelu wracamy bardzo późno – przed nami już ostatnie chwile w Republice Południowej Afryki.



Tagi: , , , , , , , ,

Zostaw komentarz