Paź 28

Salwador – wielka niewiadoma

przez w Salwador

Pewnego, słonecznego dnia trafiła się świetna okazja na zakup biletów z Amsterdamu do Ameryki Środkowej i Południowej liniami AeroMexico. Ceny były niższe o około 75% od regularnych, w związku z czym nie mogliśmy przejść obok tego błędu taryfowego obojętnie. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że pierwszym miejscem, które zobaczymy pod koniec sierpnia będzie Salwador, czyli kraj położony w Ameryce Środkowej, o którym praktycznie nic nie wiedzieliśmy. Cena lotu w dwie strony do tej destynacji była jednak na tyle niska, że nie miało to większego znaczenia. Kilka minut po podaniu numeru karty kredytowej bilety pojawiły się na mailu, a my mogliśmy powoli planować kolejny, daleki trip.

Jak się okazało El Salvador to jeden z najniebezpieczniejszych krajów na świecie, gdzie codziennie giną ludzi w różnych morderstwach, a inni są okradani i zastraszani. Ogólnie podróż do tego kraju jest nierekomendowana dla turystów, ale przy zachowaniu odpowiednich środków bezpieczeństwa okazuje się, że wcale nie jest najgorzej. Jednak tylko tutaj spotkaliśmy na ulicach znak „zakaz noszenia broni”, który tyczy się przechodniów. Robi to naprawdę mało ciekawe wrażenie, jednak świat jest dla odważnych, przez co nie zrezygnowaliśmy z naszych marzeń i już pod koniec sierpnia byliśmy w drodze do Berlina.

Pierwszym wyzwaniem, jakiemu musieliśmy sprostać było dostanie się na wieczorny lot z Amsterdamu do Mexico City. Nasze poszukiwania wykazały, że najtaniej będzie polecieć z Berlina (gdzie dostaliśmy się Polskim Busem) do Manchesteru, a tam przy założeniu dosyć ryzykownej przesiadki (2h) dalej do Amsterdamu. Jak się okazało w angielskim mieście szybko przeszliśmy wszelkie formalności i jeszcze zdążyliśmy na szybki obiad do saloniku na lotnisku MAN. W stolicy Holandii wylądowaliśmy około godziny 17:30 przez co mieliśmy jeszcze spory zapas czasu. Udało nam się zjeść tutaj kolację i ze spokojem udać na boarding w korytarzu F, gdzie spotkaliśmy jednego z polskich aktorów, który leciał także do Mexico City.

Rejs najnowszym Dreamlinerem AeroMexico upłynął nam bardzo dobrze. W trakcie rejsu podano dwa posiłki, a dzięki jednemu dodatkowemu miejscu mogliśmy w miarę wygodnie przespać ten ponad 11-godzinny rejs. W stolicy Meksyku czekała nas kolejna, około 4-godzinna przesiadka, przed ostatnim już lotem do San Salwadoru. Postanowiliśmy odwiedzić wszystkie cztery saloniki, do których mamy dostęp na kartę Priority Pass, żeby na przyszłość wiedzieć do którego się kierować. Niestety żaden z nich nie wyróżniał się jakość specjalnie na tle pozostałych. Wszystkie były bardzo przeciętne.

Po wylądowaniu w stolicy Salwadoru wyszliśmy z lotniska i od razu uderzyło w nas gorące powietrze. Nie było innej możliwości jak szybko zmienić nasze ubrania na krótkie rękawki. Odnaleźliśmy także przystanek autobusowy skąd złapaliśmy publiczny autobus do centrum miasta. Taka podróż zajęła nam około godziny, ale kosztowała zaledwie kilkadziesiąt centów. Od razu trzeba sobie powiedzieć, że podróżowanie transportem publicznym po Salwadorze jest bardzo tanie i całkiem wygodne. Liczba autobusów jest bardzo duża i łatwo przemieszczać się po tym niewielkim kraju.

Po opuszczeniu autobusu, nie mieliśmy pojęcia w którą stronę się udać. Naszym celem był dojazd do miasta Santa Ana, gdzie mieliśmy już opłacony nocleg. Z uwagi, że było jeszcze w miarę wcześnie to z torbami ruszyliśmy na spacer po San Salwadorze. Od razu rzuciła nam się w oczy liczna policja i ochrona, która stała przy bankach, sklepach czy kawiarniach. Miała ona długą broń. W oknach widać kraty, dużo metalowych bram i wysokich murów. Nie brakuje też drutów kolczastych. Jak się okazuje zaledwie 3-5% mieszkańców tego kraju to rdzenna ludność, a około 94% to Metysi.

Ludzie wyglądają na sympatycznych, uśmiechają się do nas i odpowiadają na zadane pytania o drogę. Za wszystko tutaj płacimy amerykańskimi dolarami, po wprowadzeniu których ceny w tym kraju wzrosły, ale nadal są bardzo niskie, co zdecydowanie nam odpowiada. Przekonujemy się o tym po raz pierwszy kupując obiad w jednym z przyulicznych barów, a następnie jadąc taksówką na drugi dworzec, z którego odjeżdżają autobusy w kierunku Santa Ana. To również nie rujnuje naszego budżetu, nie mówiąc już o kolejnym śmiesznie tanim bilecie autobusowym do miasteczka położonego u stóp wulkanu o tej samej nazwie.

Z tego wszystkie zrobiło się już późne popołudnie. My jednak byliśmy już zmęczeni całą, długą podróżą w związku z czym skierowaliśmy się do naszego hostelu. Jak się okazało był to prywatny dom, gdzie otrzymaliśmy całkiem duży pokój, prywatną łazienką i śniadaniami w cenie. To wszystko kosztowało około 35 złotych za osobę. Do tego nasza właścicielka, która okazała się nauczycielką angielskiego była niesamowicie sympatyczna i pomocna.

Pomimo, że Santa Ana jest dosyć niebezpieczne to wieczorem udaliśmy się na spacer. Mieliśmy okazję zobaczyć, że w mieście tym są prawie same zakłady pogrzebowe(!). Szok! Spotkaliśmy także kilka punktów gdzie robione są tzw. pupusy, czyli zapiekane w cienkim cieście ser, fasolka i np. mięso czy warzywa. Podaje się je z surówką lub sosem pomidorowym. Kosztują od $1 za trzy sztuki.

Tak też minął nam pierwszy dzień w Salwadorze, a drugi dzień naszej całej podróży do Ameryki Środkowej. Nowy kraj zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie i mieliśmy bardzo duże nadzieje, że kolejne dni będą jeszcze ciekawsze. Już nazajutrz planowaliśmy udać się na wulkan Santa Ana. Czy nam się udało przeczytacie niebawem.



Tagi: , , , , ,

Zostaw komentarz