Cze 22

Piękna Blue Bay i powrót do domu

przez w Mauritius

Dodatkowy dzień pobytu na Mauritiusie zacząłem od śniadania w hotelowej restauracji. Uznałem, że to już będzie na koszt Eurowings ;), więc skorzystałem z tej dodatkowo płatnej w hotelach Holiday Inn opcji. Tutaj niestety dosyć mocno się zawiodłem, ponieważ wybór jedzenia był skromny, a nawet bardzo skromny. Oczywiście piszę to w kontekście innych hoteli, a nie tego co prezentuje moja prywatna lodówka 😉 Ale ponownie bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie obsługa, niezwykle uprzejma i kompetentna.

Po posiłku udałem się do recepcji, poinformować, że zostaję w hotelu na jeszcze jedną noc. Okazało się, że nie muszę zmieniać pokoju i przedłużono mi działanie karty do kolejnego dnia. Dowiedziałem się także, że hotel ten posiada swój klub na plaży, gdzie co godzinę kursuje darmowy shuttle bus. Co więcej na miejscu jest możliwość darmowego korzystania ze sportów wodnych, a nawet rejsu statkiem ze szklanym dnem. Dla mnie to była rewelacyjna opcja na ten dzień, więc od razu pobiegłem do pokoju po swoje rzeczy i byłem gotowy do odjazdu do Blue Bay, czyli nad Niebieską Zatokę.

Położona jest ona około 12 km od hotelu, w południowo-wschodniej części Mauritiusu, niedaleko miasta Mahebourg. Miejsce to słynie z dobrze zachowanego koralu, który jest na niezbyt dużej głębokości. Można tutaj spotkać różnego rodzaju korale: od olbrzymich talerzowych, Brain Corals, Staghorn Corals i Cabbage Coral. Do tego występuje tutaj wiele gatunków tropikalnych ryb. Największe wrażenie od razu po przybyciu tutaj robi woda, która jest jasna, w kolorze turkusu. Znajdziemy tutaj miejsca z przyjemnym dla stóp piaskiem, jak i takie, gdzie są piękne czarne skały. Poza tym dużym plusem jest co jakiś czas lądujący lub przelatujący samolot. Kiedy akurat się kąpałem miałem okazję zobaczyć przelatującego „nad głową” A380-800 linii Emirates (wykonuje dwa loty dziennie z Dubaju). Miejsce to jest naprawdę urokliwe, ale w czasie mojego pobytu było dosyć zatłoczone. Przebywali tutaj turyści z Bułgarii.

Na plaży spędziłem 4 godziny. Słońce operowało mocno, więc czułem, że wieczorem mogę być lekko zarumieniony. Do hotelu wróciłem ponownie shuttle busem i od razu udałem się do hotelowej restauracji zjeść obiad. Po zamówieniu przystawki (sałatka z krewetkami) i dania głównego (ryba z bakłażanem) obserwowałem ile to małych ptaków o bardzo ciekawych kolorach zamieszkuje wyspę. Takie widziałem wcześniej tylko na Seszelach. Inną ciekawostką niech będzie deszcz, który rozpadał się na około 30 sekund. Był intensywny. Takie ulewy zdarzają się głównie na wybrzeżach. Średnia opadów to 900 mm rocznie, ale są miejsca, gdzie wynosi 1500 mm. To sprawia właśnie, że wyspa jest taka zielona.

Po obiedzie trochę popracowałem na komputerze, a następnie wyszedłem posiedzieć na tarasie hotelowym. Widziałem na Flight Radar, że mój samolot jest już w drodze na Mauritius, więc tym razem byłem prawie pewny, że mój jutrzejszy lot dojdzie do skutku. Wypiłem sobie ostatnią kawę na wyspie i poszedłem spać.

O poranku wziąłem tylko swoje bagaże i zszedłem do recepcji, żeby się wykwaterować i wziąć wszystkie rachunki. Na lotnisko zawiózł mnie hotelowy shuttle bus. Jak się okazało nie tylko ja z pasażerów tego felernego rejsu EW 177 spałem w tym hotelu. Takich osób było zdecydowanie więcej. Odebrałem swój bilet, nie nadawałem żadnego bagażu i od razu przeszedłem kontrolę paszportowo-bagażową. Mając 15 minut do boardingu udałem się do saloniku Amedee Maingard Lounge. Trzeba przyznać, że to bardzo porządny salonik, w którym jest wszystko co niezbędne do komfortowego oczekiwania na lot. Zjadłem tutaj smaczne śniadanie i wypiłem dobrą kawę. Nie brakowało także słodkości, słabych i mocnych alkoholi, soków czy przekąsek.

Boarding na mój lot jednak opóźnił się o około 30 minut. Samolot był pełen praktycznie do ostatniego miejsca. Od razu po wejściu na pokład poszedłem spać. Lecieliśmy Airbusem A330-200. Eurowings ostatnio bardzo tanio sprzedaje swoje bilety do egzotycznych miejsc jak właśnie Mauritius czy Kuba. Nie oczekiwałem zbyt wiele, a także trochę bałem się restrykcji odnośnie bagażu podręcznego. Na ten absolutnie nikt nie zwracał uwagi, a same wrażenie z lotu są u mnie bardzo pozytywne. Przede wszystkim podano dwa posiłki. Pierwszy jakieś 1,5h po starcie w postaci prostego śniadania, a drugi to obiad (do wyboru makaron lub kurczak) na 3h przed lądowaniem. Śniadanie było w porządku, natomiast obiad prawie, że niezjadliwy – jedzenie bez smaku. Podczas całego, prawie 12-godzinnego lotu można było korzystać z systemu rozrywki – duże ekrany, bardzo dobrze działające na dotyk i z dużą bazą filmów, seriali czy gier. Naprawdę nie sposób się nudzić. Dodatkowo było wejście USB i dwa porty dodatkowe do ładowania sprzętu mobilnego. Odnośnie miejsca na nogi nie było tragedii, aczkolwiek jako osoba z 190 cm wzrostu musiałem trochę się nagimnastykować, żeby zająć odpowiednią pozycję do spania, ale było to możliwe. Za ten lot otrzymałem 1450 mil do Miles & More.

Po wylądowaniu na lotnisku w Kolonii nie miałem pojęcia co ze sobą zrobić. Nie miałem kupionego lotu do domu. Zdawałem sobie sprawę, że cena na ostatnią chwilę nie będzie niska, ale zrobiłem szybkie rozeznanie dostępnych opcji. Ryanair do Modlina lub Berlina wyprzedany. Poszedłem nawet do biura FR zapytać o opcję Standby, ale już mieli overbooking i nie było takiej opcji. AirBerlin za mile do Berlina niedostępny, ale co ciekawe do Warszawy przez Berlin już tak. Koszt 17500 mil + 0 zł podatków. Jest jakaś opcja, ale mało atrakcyjna. Inne loty za gotówkę były od 700 zł, co w ogóle zepsułoby cały budżet przeznaczony na ten trip. Przyszedł czas analizy transportu drogą lądową. Bla bla Car dostępny – idealnie Kolonia – Poznań za 106 zł. Od razu bookuję i dzwonię… Eh, okazuje się że źle koleś dodał trasę i on jedzie w odwrotnym kierunku… Nadzieja umarła. Sprawdzam autobusy, a dokładniej Flixbus, którym kilka razy jechałem w Niemczech. Zaczął on współpracować z Polskim Busem i można kupić bilet łączony Kolonia (lotnisko) – Berlin – Poznań za 230 złotych. Nie wygląda najgorzej, ale czas przejazdu to 14h (2h w tym na przesiadkę w stolicy). Alternatywy nie miałem, więc dokonałem takiego zakupu i poszedłem odczekać 4h do odjazdu do lotniskowego MCDonaldu.

Tak też zakończyła się moja „Szalona oblotówka”. Do domu dotarłem zmęczony, ale cały i zdrowy. Bez przygód się nie obyło, ale dzięki temu będę miał co wspominać. Głównym punktem wycieczki był Mauritius, który zaskoczył mnie pozytywnie. Czy jest on takim rajem jak Seszele czy Malediwy? Raczej nie. Ale jest świetnym miejscem wakacyjnym, które odkrywa swoje uroki dopiero po głębszym poznaniu. Na pewno nie da się tego odkryć ograniczając się tylko do hotelowego leżaka. Trzeba się ruszyć i odnaleźć tą oszałamiając zieleń, turkusowy ocean i przyjaznych ludzi. Kraj ten od 1968 roku jest suwerenny. Pomimo, że żyje tutaj mieszanka kulturowa (Hindusi, Arabowie, Afrykańczycy etc.) to nie wadzą oni w siebie i żyją wspólnie czy też obok siebie. Ulice w mieście są raczej czyste, nie ma sypiących się budowli, a samochody, podobnie jak drogi są w dobrej kondycji. Podobno najniższe wynagrodzenie tutaj wynosi w graniach 12000 rupii, ale do tego jest spora pomoc socjalna.

Ja w tym momencie kończę swoją relację z tej bardzo intensywnej wyprawy. Jestem bardzo zadowolony, że udało mi się w pełni zrealizować plan, że relacja pojawiała się w miarę regularnie, a także, że lot, który był tak mocno opóźniony to ten prawie ostatni, a nie pierwszy czy drugi, co mogłoby pokrzyżować moje wszystkie założenia.



Tagi: , , , , ,

Zostaw komentarz