Po przyjeździe do Nowego Jorku z Toronto byliśmy zmęczeni. Cały dzień w autobusie (bardzo wygodnym) to jednak sporo. No nic, trzeba zacisnąć zęby i ruszać w nieznane. Na początek coś na rozbudzenie, czyli odwiedzamy nasz ulubiony Dunkin Donuts i spożywamy dużą herbatę i kawę. W USA słowo duży znaczy… litrowy 😀
Następnie szukamy przechowalni bagażu, co w NY, kiedy zna się adres nie jest trudne. Wszystkie ulice mają kolejne numery i odnalezienie się jest bardzo proste. Po tym postanawiamy ruszyć w kierunku portu skąd będziemy mogli wybrać się rejs po rzece Hutson. Jest to 90 minutowa wyprawa, podczas której można zobaczyć od strony wody najpopularniejsze wieżowce oraz Statuę Wolności. To miejsce, które odwiedza każda osoba przybywająca do Nowego Jorku, od 220 lat nie straciło nic na swej popularności.
Kolejnym punktem okazuje się być tajska restauracja, gdzie decydujemy się zjeść jedną z orientalnych zupek. Posileni ruszamy w stronę Central Parku, gdzie mieszkańcy spędzają leniwe popołudnia i weekendy. Cieszy się on niezmienną popularnością również wśród turystów zwiedzających miasto ze względu na dobre rozplanowanie i różnorodne oferty spędzania wolnego czasu.
Kiedy zaczyna się ściemniać znajdujemy się na Time Square. Ta ulica to symbol Nowego Jorku. Charakterystyczna reklama świetlna, niezliczone kluby i oferty kulturalne oraz ogrom sklepów tworzą tu niepowtarzalną atmosferę. Tylko z daleka obserwujemy Brooklyn Bridge oraz Verrazano-Narrows Bridge. Kończymy przygodę na zakupach. Agata kupuje sobie nowe buty, po czym udajemy się na przystanek z którego mamy pojechać do Waszyngtonu. Jak się okazuje to nie ten, na którym czekaliśmy. Już od początku było to podejrzane, ponieważ pomimo zbliżającej się godziny odjazdu nie było innych pasażerów. Najgorsze, że kolejnego dnia mieliśmy lot do Miami i nie mogliśmy się spóźnić. Poszedłem zapytać jednego czarnoskórego pana czy dobrze czekamy. Okazało się, że nie. Megabus zmienił przystanki i teraz do Waszyngtonu odjeżdża się z innego miejsca. Ruszyliśmy ile sił w nogach za naszym przewodnikiem. Byliśmy dosłownie kilka minut przed odjazdem, który tak czy siak się opóźnił. Panu, który nam pomógł daliśmy coś do jedzenia z naszej torby, która zawierała same polskie smakołyki (np. rybę w galarecie, która zamieniła się rybę w wodzie…).
Najnowsze komentarze