Lip 07

Dwa miesiące bez latania, czyli podsumowanie pierwszej połowy 2017 roku

przez w Afryka, Azja, Europa

Po pierwszej połowie 2017 roku przyszedł czas na krótkie podsumowanie! Okazuje się, że pomiędzy styczniem, a czerwcem podróżowałem zdecydowanie mniej, niż w poprzednich latach. Dlaczego? Przede wszystkim większość długich wyjazdów odbędzie się w drugiej połowie roku, a poza tym z uwagi na nową pracę (nadal zdalną), która zdecydowanie bardziej mnie pochłania. Jeżeli jednak przyjrzymy się moim statystykom, to nadal udaje mi się utrzymać całkiem niezłą średnią ponad jednego lotu w tygodniu:

  • 27 lotów, 77630 kilometrów, 1.9 razy okrążyłem ziemię, w powietrzu spędziłem prawie 110 godzin
  • Latałem głównie klasą ekonomiczną, sześć razy w biznesie i jeden raz w ekonomicznej premium

Bieżący rok rozpoczął się dla mnie nie najlepiej pod kątem podróży. Co prawda sylwestra spędziłem w przepięknych polskich górach, ale do końca miesiąca nie udało mi się zawitać na pokładzie żadnego samolotu.

W tym roku mapa jeszcze trochę pustawa (w porównaniu np. do 2016), ale już w II połowie powinniście zobaczyć kreski także w drugą stronę.

Zdecydowanie więcej emocji związanych z poznawaniem świata dostarczył luty. Zaczęło się od wspólnego wyjazdu na weekend do Budapesztu. Podróżowaliśmy tanimi liniami Ryanair i Wizzair. Niestety aura nas nie rozpieszczała. To nam jednak nie pokrzyżowało planów, bowiem zatrzymaliśmy się w dwóch świetnych hotelach.

Pierwszym z nich był odnowiony Hilton Budapest ze świetną obsługą, pięknymi pokojami i doskonałym jedzeniem. Kosztował on relatywnie niewiele punktów, przez co był prawdopodobnie jednym z najlepszych wyborów na pobyt w stolicy Węgier.

Kolejną noc spędziliśmy we flagowym Intercontinentalu, który pozytywnie zaskoczył nas przede wszystkim swoim eleganckim salonikiem, gdzie mogliśmy się relaksować i podziwiać piękny Budapeszt. Pobyt tutaj był możliwy dzięki błędnej stawce wprowadzonej do systemu sieci IHG, co pozwoliło nam spać w jednym z najlepszych hoteli w cenie hostelu.

W połowie lutego wybrałem się w szaloną podróż do Azji, a następnie na Mauritius. Pierwszym punktem mojej wycieczki były Zjednoczone Emiraty Arabskie, a dokładniej Szardża koło znanego Dubaju. Dotarłem w to miejsce liniami WizzAir z Katowic za niewiele ponad 100 zł. Tutaj zatrzymałem się na jedną noc w hotelu Hilton Sharjah, który jest jednym z najtańszych punktowo obiektów w tym rejonie, a pomimo to oferuje pięciogwiazdkowy serwis.

Oczywiście wybrałem się także na spacer, po będącym ciągle w budowie Dubaju, gdzie temperatura była o ponad 35 stopni wyższa niż w Polsce.

Mój, krótki pobyt w tym niesamowitym kraju zakończyłem kolacją w saloniku na międzynarodowym lotnisku DXB i po kolejnych 9 godzinach lotu byłem już na Filipinach (lot Cebu Pacific DXB-MNL za około 100 złotych), gdzie w zasadzie czekał mnie tylko transfer na lot do Hong Kongu. Tym razem uśmiechnęło się do mnie szczęście i otrzymałem darmowy upgrade o Premium Economy. Przelot ten nabyłem za kilka tysięcy punktów Avios z iluzoryczną dopłatą.

Salonik w Dubaju

Salonik w Manili

Zachód słońca nad stolicą Filipin

Charakterystyczne tramwaje w Hong Kongu

Po męczącym dniu zameldowałem się w Hong Kongu, skąd od razu na drugi dzień popłynąłem do nowoczesnego Makau. Tam zatrzymałem się w doskonałym hotelu Conrad Macau, zrobiłem bardzo długi, kilkugodzinny spacer po mieście i odpoczywałem na basenie podziwiając wieżę Eiffla.

Salon w moim apartamencie w Conrad Macau

W mieście kasyn i hazardu

Kolacja

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wrócił do mojego ukochanego Hong Kongu, żeby spędzić trochę czasu w tym mieście. Zatrzymałem się w hotelu Intercontinental, z którego będę miał same pozytywne wspomnienia. Pomimo wspaniałych warunków zakwaterowania większość dnia chłonąłem klimat tego niesamowitego miejsca, jakim jest Hong Kong. Wieczorem udałem się do pubu, żeby posłuchać muzyki na żywo.

Najlepszy widok z basenu

Dalej przyszedł czas, żeby polecieć na dwa dni do Malezji, a konkretnie na Borneo do miasta Kuching. Wykorzystałem w tym celu śmiesznie tanie loty AirAsia oraz punkty Avios (na lot Cathay Pacific). Tam zatrzymałem się w hotelu Hilton Kuching, który kosztuje zaledwie 5000 punktów za noc, a oferuje doskonałą lokalizację i świetny standard. Dodatkowo pojechałem Semenggoh, żeby zobaczyć orangutany w ich naturalnym środowisku.

Śniadanie przed wylotem do Malezji

Salonik Cathay Pacific

Spacer po Kuching

Popołudniowa prasa

W Mieście Kotów

Hilton Kuching

Orangutan!

Wieczorem już byłem w drodze powrotnej do Kuala Lumpur, gdzie dosłownie na kilka godzin zameldowałem się w hotelu Holiday Inn Express KL City Center, ponieważ rano musiałem być z powrotem na lotnisku. Za trochę ponad 300 złotych udało mi się kupić promocyjny bilet na Mauritius. Afrykańska wyspa przywitała mnie świetną pogodą i pięknymi widokami. Przejechałem całą wyspę komunikacją miejską i skuterem, żeby dotrzeć do hotelu Intercontinental Maurtius (koszt 30000 punktów), który zdecydowanie mnie nie zawiódł.

Mój pokój w IC Mauritius

Dla takich zachodów słońca warto żyć!

Poranek na basenie

Kolejne dni wypożyczyłem samochód, zwiedzałem wyspę i plażowałem. Zatrzymałem się także na jedną noc w hotelu Hilton Mauritius Resort & Spa. Tutaj także odpoczywałem na basenie, podziwiałem zachody słońca i słuchałem wieczorami muzyki na żywo.

Ziemia siedmiu kolorów

W poniższym hotelu otrzymałem piękny pokój z tarasem. Oferuje on kilka basenów, położony jest przy samej plaży, a rano można zjeść przepyszne śniadanie.

Czas w tym hotelu minął mi cudownie i aż nie chciało się wracać do szarej rzeczywistości. Tuż przed planowanym odlotem pojechałem na ostatnią noc do położonego tuż przy lotnisku Holiday Inn. Tutaj okazało się, że jednak nie wrócę do domu tak szybko, jak planowałem, ponieważ mój lot został przełożony na kolejny dzień. Linie lotnicze nie dosyć, że sprzedały mi tani bilet do Europy (150 euro), to jeszcze opłaciły mój dodatkowy dzień na Mauritiusie i zwróciły 600 euro za wszelkie „niedogodności”.

Dodatkowy dzień w raju wykorzystałem na plażowanie w cudownym rejonie Blue Bay.

Po intensywnym miesiącu lutym przyszła ponownie posucha w marcu. Żadnego lotu w tym okresie nie odbyłem. Dopiero na początku kwietnia udało się wyrwać z domu i polecieć na przedłużony weekend do Stambułu, po drodze odwiedzając Kijów. Wyjazd ten miał także na celu uzyskanie status Diamond w sieci Hilton, przez co cztery kolejne noce spaliśmy w hotelach właśnie tej marki.

To, że zdążyliśmy na samolot do Stambułu to cud. Ale te jak widać się zdarzają, dzięki czemu mieliśmy okazję spędzić kilka dni w luksusach, a także zwiedzić niesamowite tureckie miasto, które za każdym razem zachwyca swoim ogromem.

Popołudniowa kawa z widokiem na największe miasto Turcji (Hilton Bomonti)

Kolacja na tarasie hotelu Conrad Istanbul Bosphorus

Śniadanie z widokiem na Bosfor

Błękitny Meczet

Kwiecień zwiastował jednak kolejne niesamowite chwile. Na jego końcówkę mieliśmy zaplanowany pierwszy w tym roku lot w biznes klasie. Tym razem udaliśmy się na blisko dwa tygodnie do Republiki Południowej Afryki, a dokładniej do Kapsztadu. Podróżowaliśmy na pokładzie linii lotniczej Ethiopian i jej Dreamlinerów.

Na pokładzie Boeinga 787 w rejsie do Kapsztadu

W Kapsztadzie wypożyczyliśmy samochód i bardzo dokładnie zwiedziliśmy to przepiękne miasto. Dwukrotnie zdobyliśmy Górę Stołową, a także inne szczyty.

Na szczycie Table Mountain

Dotarliśmy do Przylądka Dobrej Nadziei, spędzaliśmy czas na plaży z pingwinami oraz piliśmy wina z najlepszych winiarni na świecie.

Winiarnia Tokara

Nie zabrakło tutaj także okazji, żeby spać w dwóch obiektach marki Hilton, które zrobiły na nas świetne wrażenie. Głównie DoubleTree by Hilton, gdzie otrzymaliśmy piętrowy apartament za jedyne 12000 punktów.

W maju czekała mnie jeszcze jedna, ale tym razem służbowa podróż. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie połączył jej ze zwiedzaniem, więc na podbój Tajwanu wyruszyłem tydzień wcześniej. Objechałem całą wyspę dookoła, zatrzymałem się na dłużej w parku narodowym Taroko, gdzie przez trzy dni miałem przyjemność spacerować po niesamowicie zielonych lasach i górach.

Wiecznie głośne miasto Khaosiung

Na Tajwanie niestety pora deszczowa trwała w najlepsze

Park narodowy Taroko

Panorama Taipei

Ostatnim lotniczym wypadem w I połowie bieżącego roku była jednodniówka w Izraelu, a dokładniej w Tel Awiwie. Wybraliśmy się tam Polskimi Liniami Lotniczymi na dokładnie 10 godzin. Zrobiliśmy długi spacer po mieście i wykąpaliśmy się w ciepłych wodach Morza Śródziemnego. Niesamowita sprawa wyrwać się tak na jeden dzień z przed biurka w totalnie inne klimaty. Wróciliśmy do Lublina i przy okazji trochę poznaliśmy to miasto (bardzo nam się spodobało!).

Co planujemy w drugiej połowie 2017 roku?

  • Lipiec – skupimy się na pracy, chociaż jak pojawi się jakiś atrakcyjny last minute, to kto wie 😉
  • Sierpień – Ameryka Środkowa, a co dokładniej to niech będzie naszą niespodzianką 😉
  • Wrzesień – Ameryka Północna, ponownie potrzymamy Was w niepewności 🙂
  • Październik – zapowiadają się loty w biznes klasie na pokładzie Qatar Airways, w sumie ponad 40h w powietrzu
  • Listopad – wreszcie spełnimy jedno z marzeń i odwiedzimy Peru!
  • Grudzień – ucieczka od zimy na jedną z mniej znanych europejskich wysepek, gdzie lato panuje cały rok

Tak, więc zapewniamy Was, że będzie co czytać. Zapraszamy do śledzenia naszego profilu na Facebooku.



Tagi: ,

One Response to “Dwa miesiące bez latania, czyli podsumowanie pierwszej połowy 2017 roku”

  1. From Hff:

    Stambul nie jest stolica Turcji

    Posted on 13 lipca 2017 at 07:58 #

Zostaw komentarz